wtorek, 19 maja 2015

Opuszczone miejsca Warmii i Mazur część 4

W ostatnim odcinku o warmińsko-mazurskiej wyprawie śladem opuszczonych miejsc sporo zrujnowanych pałaców i dworów, opuszczone domki (w tych okolicach duża rzadkość), kaplica, ruiny kościoła, Puszcza Borecka i sporo innej przyrody mazurskiej:>




XVIII-wieczny barokowy Pałac z muszlami to dawny majątek pruskiego rodu Dohnów - tych samych, którzy założyli leśny cmentarz ze swastyką pokazany w poprzednim odcinku. Został zbudowany na początku stulecia według projektu francuskiego architekta. W czasach świetności była tu kolekcja 250 obrazów i oranżeria, w której hodowano pomarańcze. Podczas II wojny ostatni właściciele zginęli w walkach, a ich rodziny wyprowadziły się z pałacu do Westfalii. Opuszczona budowla była coraz bardziej rozgrabiana i dewastowana. Po wojnie urządzono tu PGR i magazyn zboża, a w 1986 roku pałac spłonął.




Na pierwszy rzut oka wydaje się, że to już kompletna ruina. Ale nie ma sensu oglądanie jej tylko z zewnątrz. W "środku" zachowało się zaskakująco dużo detali. Ślady po piecach, kominkach, jakieś zdobienia, na przykład takie, które wyglądają jak muszle:




Warto obejść dokładnie ruiny, żeby niczego nie przegapić.

















W lesie parę kilometrów dalej, w sąsiedniej wsi, stoi kaplica też należąca do Dohnów. Można zatrzymać się na poboczu asfaltówki, budowlę widać jeszcze z drogi.



Kaplica, czyli rodowe mauzoleum, powstała pod koniec XIX wieku. Widać jakieś zaczątki remontu, czyli zabezpieczenie dachu, ale można bez kłopotu wejść drzwiami do środka, czego ślady (głupie napisy porobione sprejem na tym, co jeszcze zostało, czyli ołtarzyku) niestety są - dlatego nie podaję lokalizacji.






 


Pałac w Wielewie z końca XVIII wieku jest otoczony przez pszczoły ze wszystkim stron. Tak to bywa w tym regionie. Bzyczą niemiłosiernie w kwitnących drzewach i strach podejść, no ale podeszłam i nic się nie stało. Budowla wygląda fajnie od zewnątrz, w środku - kompletna ruina. Jeszcze niedawno to był normalny budynek, a nie resztki murów. Ale kilka lat temu zawalił się dach. Obok budowli - jezioro i zamieszkałe domki z niemiłymi, ale na szczęście zamkniętymi za ogrodzeniem psami.









  
Pałac w Silginach stoi w krzakach przy głównej drodze przez wieś.



Powstał w XIX wieku. Podczas wojny był tu ośrodek szkolenia Hitlerjugend, a potem dom starców. Po wojnie w pałacu zrobiono ośrodek wypoczynkowy i coś w rodzaju wiejskiej świetlicy, potem działała tu szkoła rolnicza. Jeszcze w latach 70-tych w budowli mieściło się kino z 50 miejscami na widowni.


Pałac został poważnie uszkodzony właśnie w latach 70-tych po wybuchu butli z gazem. Po zmianie ustroju pewna fundacja miała tu urządzić jakieś centrum przyjaźni polsko-niemieckiej, ale ostatecznie remontu nie ukończono. W 2005 roku zaczęła się kompletna demolka z zawaleniem części ścian i dachu włącznie.











Uwaga, obiekt jest niebezpieczny! Cześć ścian i podłogi nie istnieje, a gdy podchodzi się od najbardziej zniszczonej strony, widać coś dużego i zardzewiałego, wiszącego jakieś dziesięć metrów nad głową. Wygląda to tak, jakby miało lada chwila spaść i aż dziwne, że jeszcze tak się nie stało.


Ruiny pałacu w Arklitach na pierwszy rzut oka są niewarte zachodu, ale jednak są :> Szukając tego dosyć schowanego miejsca, trafiłam do sklepu spożywczego, jak się okazało, centrum życia społecznego. Od razu każdy zaczął mi mówić, gdzie jest pałac, a jeden z lokalsów poprosił o podwózkę, bo mieszka obok ruin. Przy okazji ostrzegł, gdzie nie parkować, bo urzędują bezdomni. Trzeba było przedostać się przez parę podwórek, żeby dojechać, a potem kawałeczek dojść do obiektu.


Pałac z XVIII wieku przetrwał wojnę, ale w latach 80-tych spłonął.


Warto obejrzeć budowlę zwłaszcza od strony domów, są tam fajne pozostałości - dwie duże kolumny, pewnie resztki dawnego wejścia i ślady po kominku.





Dwór w Wopławkach od zewnątrz wygląda imponująco. Budowla stoi na obrzeżach wsi na terenach dawnego PGR. Powstawała od XVII do XIX wieku. Dziś ma podobno prywatnego właściciela. Widać jakieś początki remontu, ale gdy podjechałam, nikt się nie kręcił po terenie. Podniszczone ogrodzenie, z tyłu - znowu ule.





Zajrzałam do środka przez okienną dziurę. Nic tam nie ma dla "eksploratora", gołe ściany. Podobno aktualny właściciel odbudował parę pałaców, może i z tym sobie poradzi.


Gdy namierzyłam w necie opuszczony pałac w Białej Oleckiej, myślałam, że to będzie jakaś duża rzecz. Wielki obiekt w niezłym stanie, wydaje się ukrywać nie wiadomo co.

 
Ale w środku około stuletniej budowli z wiesiexowego punktu widzenia nic już nie ma. Surowe ściany, jedyna oryginalna pozostałość to fragmenty gzymsu. To dlatego, że w latach 80-tych budowla, w której wcześniej była szkoła rolnicza, spłonęła i zamieniła się w ruinę. Od 1990 roku odbudowywał ją prywatny właściciel.







O opuszczonym dworcu w Budwitach pisałam już TU, w starym odcinku. Po dwóch latach chciałam tam wrócić i poprawić zdjęcia. Okazało się, że trwa remont  - mam nadzieję, że nie z kategorii tych wiecznych. Nie ma już krzaczorów otaczających budowlę, wokół miniplac budowy, trochę już zrobiono i dawny urok  nieco przez to prysnął. Rozkład jazdy na ścianie wciąż jest mimo wszystko na swoim miejscu.



Dwór w Kolkiejmach z przełomu XVIII i XIX wieku stoi na końcu świata. Prowadzi tam dziwna droga z płyt, wieś składa się chyba tylko z tego budynku i ze trzech domków. Gdy podjechałam do obłożonego rusztowaniami budynku, nikogo w okolicy nie było. Zaczęłam obchodzić budynek dookoła, szukając jakichś ewentualnych wejść. Wtedy nadszedł pan pilnujący i okazał się przyjaźnie nastawiony. Pokazał mi budynek od środka - to też typ remontowany. Wygląda, że z tego remontu może coś być - oby, obiekt jest fajny, tylko na razie obłożony rusztowaniami. Pasowałby tu jakiś hotel lub coś w tym rodzaju.





Dwór w Lenartach zobaczyłam po drodze do Białej Oleckiej. To już kompletna ruina, ukradziono dosłownie wszystko, co się dało. Nie znalazłam informacji o tym, kiedy dokładnie XIX-wieczny dwór został aż tak zdewastowany. Gdy podjechałam i chciałam wejść do środka od frontu, okazało się, że w środku budynku biega jakiś pies, ale na pewno nie pilnujący, tylko dziki. Weszłam więc z boku.




Jak pisałam w pierwszym odcinku, na poniemieckich terenach prawie nie ma opuszczonych wiejskich chatek, a już na pewno jest ich o wiele mniej niż na Mazowszu czy Podlasiu. Mimo wszystko znalazłam ich cztery. Tylko w jednej było więcej fantów. Ciekawe jest to, ze kiedy jechałam od Stańczyków na południe i przez jakieś kilkanaście kilometrów trasa prowadziła już przez Podlaskie, nagle krajobraz zmienił się bardzo. Różnica między województwami jest naprawdę widoczna. Nagle poczułam się jak na wschodnim Mazowszu, nawet w rejonie Zatorów czy dalej, Wyszkowa. Drewniana zabudowa - no i domki. Od razu namierzyłam jeden wart uwagi, ale to inne województwo i pokażę budynek kiedy indziej:> A oto wszystkie cztery domki warmińsko-mazurskie: - najpierw widoki ogólne, potem fanty znalezione w środku kolejnych obiektów:


























Kościół w Młynarskiej Woli powstał w XIV wieku, jeszcze w czasach PRL służył za magazyn. Zaniedbany, zawalił się w latach 80-tych. Dziś to już tylko resztki ścian, wokół - stary, zarośnięty cmentarz.









Na sam koniec jak zwykle przyroda;> Jeden z mazurskich noclegów miałam we wsi Harsz, w fajnym tamtejszym hotelu zrobionym w dawnej szkole. Tuż obok - jezioro też nazywające się Harsz. Dało się od niektórych stron podejść swobodnie i posiedzieć na ławkach. Może to brzmi dziwnie, ale często zrobienie zdjęcia jeziora na Mazurach nie jest łatwe z powodu ogrodzeń, "terenów prywatnych", różnych wypoczynkowych ośrodków i tym podobnych. Zresztą nie tylko na Mazurach - skrajny przykład tej sytuacji to Jezioro Białe na Mazowszu. Przyznam, że w Harszu wlazłam też na jakiś nieogrodzony "teren prywatny", tak mnie kusił brzeg i ławeczki no i nic mnie stamtąd nie wygoniło.







Nastawiałam się raczej na zwiedzenie Puszczy Romnickiej, ale plany pokrzyżowała burzowa pogoda. Tymczasem całkowitym przypadkiem znalazłam się w środku innej puszczy, która mnie zachwyciła i zachęciła do dalszych wizyt. Gdy objeżdżałam okolice Harszu przed powrotem do hotelu, z drogi zauważyłam drogowskaz turystyczny z żubrami. Nawet nie wiedziałam, że tam są. Jeszcze trochę dnia zostało, więc postanowiłam podjechać te 20 kilometrów do wsi Wolisko. Po drodze zorientowałam się, że ten piękny las, przez który właśnie jadę i gdzie poza mną nie ma żywego ducha, to Puszcza Borecka. Może trudno w to uwierzyć, ale przez półtorej godziny mojego pobytu na drodze prowadzącej do Woliska i zatrzymywania się w różnych miejscach wzdłuż tej trasy, obok mojego autka przejechał tylko jeden inny samochód i to już w samej wsi. A tak to jakieś bagna, strumyczki, kwiatki wiosenne, głazy w środku lasu i w ogóle;> Ta puszcza daje radę.

















Co do żubrów, ich zagroda była nieczynna, ale dało się zerknąć przez ogrodzenie:




Pisałam wyżej, że czasem trudno o podejście do jeziora na Mazurach. Ale jak się poszuka, to się znajdzie fajne miejscówki z dala od cywilizacji;> W ostatnim dniu wyprawy zrobiłam sobie luźną objazdówkę po spisanych wcześniej na chybił trafił wsiach. Starałam się tylko, żeby były nad samą wodą. I tym sposobem znalazłam pewną małą miejscowość, gdzie dało się schodzić nad jezioro gdzie się chciało mimo bycia zwykłym śmiertelnikiem, a nie właścicielem "terenu prywatnego", gdzie była cisza, spokój i w ogóle wszystko na swoim miejscu. Na pewno tam wrócę.













Na koniec różne warmińsko-mazurskie bezdroża:

































5 komentarzy:

  1. Takie perełki w stanie ruiny - aż żal!

    OdpowiedzUsuń
  2. świetny wpis. Zdjęcia przedstawiają niesamowite piękno mazur i ich nieskazitelność. Gratuluje fotograficznego talentu :))

    OdpowiedzUsuń
  3. łzy w oczach :) zazdroszczę wyprawy :)

    OdpowiedzUsuń