czwartek, 11 września 2014

Opuszczone miejsca Podkarpacia i Bieszczady, część 1

Znowu wyruszyłam poza Mazowsze, żeby jeździć samochodem i zwiedzać opuszczone miejsca. Objechałam kawał województwa podkarpackiego i nie mam słów uznania na tamtejsze urbexowe, czy raczej wiesiexowe atrakcje, a konkretnie na opuszczone cerkwie! Chodziłam też po Bieszczadach. Nie brakowało przygód. takich jak wspinaczka górskim szlakiem do niemal wymarłej wsi, gdzie hodowca dzików, chyba jedyny stały mieszkaniec, pilnuje opuszczonej cerkwi, nadaje dzikom imiona i pozwala im na swobodne bieganie po okolicy. Spadłam z ruin innej cerkwi, przez co potem kuśtykałam. Znalazłam też kolejny opuszczony dom z wiszącym praniem.





Pokazuję tu czasem porzucone domy, w których po śmierci właścicieli zostały wszystkie rzeczy, obrazy. Tak samo jest w opuszczonych cerkwiach Podkarpacia. Na ikonach wiszą pajęczyny, w kącie wciąż stoją organy, na ołtarzu zostały krzyże i figury. Na ścianach zachowały się niesamowite malowidła. Można trafić na zakrystię ze wskazówkami dla ministrantów lub opuszczoną salę katechetyczną z tablicą i ławkami. Niektóre świątynie są dosłownie gotowe na mszę, której nie było tam od lat. Jedne są maleńkie, drewniane, inne monumentalne, z kopułami pokrytymi łuszczącymi się malowidłami. W dzwonnicach czasem jest graciarnia, z zapomnianymi ikonami lub kawałkiem ołtarza. W jednej z nich znalazłam nawet zmagazynowane Oko Opatrzności.




Dlaczego nikt tego nie rozkradł? Bo żeby wejść do środka, trzeba w zdecydowanej większości przypadków zdobyć klucz. A on jest u mieszkańców wsi, u księdza, sołtysa lub w urzędzie gminy. W rezultacie moja objazdówka przypominała grę komputerową, w której jeździ się samochodem po rozmaitych dróżkach, namierza wsie, budowle, po czym zdobywa klucze i przemierza kolejne zakamarki. Udało mi się szczęśliwie zdobyć niemal wszystkie klucze do kilkunastu odwiedzonych obiektów.


Nie obyło się bez wcześniejszego długiego przygotowania i googlowania, bo w necie jest trochę wskazówek na temat wchodzenia. Bardzo dziękuję też Piotrowi Durakowi (rewelacyjna galeria opuszczonych cerkwi na Facebooku była dla mnie nieocenionym przewodnikiem i w dużej mierze na jej podstawie narysowałam sobie mapę wycieczki) oraz Kolekcjonerom Czasu, którzy bardzo słusznie zareklamowali mi ten album:> Lista poznanych na trasie osób, którym wiele zawdzięczam, wydłużyłaby ten przydługi wstęp niemiłosiernie, więc będę je wszystkie wymieniać stopniowo. Z książek warto zerknąć na m.n. "Krajobrazy nieistniejących wsi" Stanisława Kłosa. Polecam też oczywiście ten link.

Sama nie wiem, od czego zacząć, tyle było zwiedzania, może zacznę od Kopyśna. Ta wieś, a właściwie jej pozostałości, leży w górach na południe od Przemyśla, około 3,5 km od wsi Rybotycze. Bywa też nazywana Kopysnem lub Kopystnem. Jest trudno dostępna i dzika. Prowadzi tu droga z Rybotycz, a przeszukując internet przed wyprawą, zauważyłam, że zwiedzający poświęcają dojazdowi co najmniej tyle samo uwagi, co celowi.

Czy do Kopyśna da się dojechać samochodem? Jednak nie da się. Choć znam kogoś, kto twierdzi, że wjechał tam na górę oplem corsą, musiał tego dokonać jeszcze przed wyżłobieniem przez wodę gigantycznych dołów przez sam środek drogi mniej więcej w połowie trasy. Tak czy siak ten opel zasługuje na niejeden medal! Ale nie próbujcie tego, szkoda auta. Chyba, że dysponujecie profesjonalną terenówką i akurat nie padało ani nie ma śniegu. Moje małe autko, gabarytowo podobne do corsy, zostało u gospodarzy w Rybotyczach, a ja z plecakiem i aparatem poszłam do góry przez te doły i kamienie.











Wiedziałam, że na miejscu zastanę hodowcę dzików, który ma klucz do jednej z najpiękniejszych opuszczonych cerkwi Podkarpacia. To dodatkowo mnie zmotywowało - nie wiedzieć czemu, bardzo lubię dziki. Szłam i szłam, a wokół dzikie zarośla. Nareszcie po lewej stronie zauważyłam chatę, a przed nią znak ostrzegawczy.



No ładnie! Obok leżała żmija zygzakowata. Ale nie zdążyłam nawet włączyć aparatu, bo z domu wypadły dwa duże psy i ruszyły prosto na mnie. Czego jak czego, ale psów się boję. Odruchowo się skuliłam, schowałam głowę i twarz. Psy skakały po mnie, ale na szczęście nie gryzły. Tyle, że cała byłam w błocie od ich łap. Pan Jan stał w gumiakach przy domu, niewzruszony tą sceną. - To jeszcze młode - powiedział, gdy zaczęłam wzywać ratunku i w ogóle. Potem uwiązał psy. Powiedziałam, że chcę zwiedzać cerkiew i uwielbiam dziki. Poszedł do chałupy po klucze. - Musimy iść naokoło, bo jest woda - powiedział i ruszyliśmy pod górkę wzdłuż stawu, początków dziczych zagród i opuszczonej szachownicy.




Po drodze porozmawialiśmy o wsi i dzikach. Przed wojną było tu sto kilkadziesiąt gospodarstw. Dziś poza domem z dzikami jest jeszcze jedna zagroda, do innej "czasem przyjeżdżają na wakacje, powygłupiać się". Inne są opuszczone, ale trzeba dojść od innej strony, bo woda i zarośnięte. Dzików jest we wsi kilkadziesiąt. Wielokrotnie więcej niż ludzi. W końcu doszliśmy do cerkwi Opieki Najświętszej Maryi Panny. 




Pan Jan (jeszcze raz dziękuję i pozdrawiam!) przekręcił klucz i z krzaczorów wyłoniło się nagle to wszystko:















Podłoga w paru miejscach się zapadała, na chór nie można było wejść, bo trzyma się już tylko na słowo honoru, wszystko jest spróchniałe.


Była to już niemal ostatnia opuszczona cerkiew, jaką zwiedzałam na Podkarpaciu, więc byłam na to gotowa. Ale nie tylko pierwszy kontakt z tym zjawiskiem powala. Za każdym razem po otwarciu drzwi trudno uwierzyć w te widoki. Skąd to się wzięło?


Oczywiście stoi za tym smutna historia. W dodatku tym razem użytkownicy (bo w przypadku cerkwi nie da się powiedzieć "mieszkańcy") opuszczonego miejsca nie po prostu zmarli, ale zostali wysiedleni w latach 40-tych. Historie opuszczonych wsi Podkarpacia chyba zawsze się z tym wiążą. Ludzie byli wywożeni na Ziemie Odzyskane, wsie podczas walk i po wysiedleniach niszczono, często palono razem z cerkwiami. W sumie wysiedlono 140 tysięcy mieszkańców Bieszczadów.

Czytając wspomnianą już książkę "Krajobrazy nieistniejących wsi" można zorientować się w ogromie zjawiska, przez które tyle miejscowości w regionie zniknęło. Na mapach często zaznaczone jest tak zwane cerkwisko - miejsce po cerkwi, dziś już dawno zniszczonej.

Cerkiew w Kopyśnie ocalała, bo podobno jeden z mieszkańców ugościł przybyłych tuż po wojnie urzędników wódką i przekonał ich, by wpisali budowlę do rejestru jako kaplicę cmentarną. To uratowało XIX-wieczną świątynię z równie starym ikonostasem przed zniszczeniem.



Z okolicą wiążą się legendy o duchach, m.in. żony Edwarda Kettnera, dawnego i nieżyjącego już właściciela chałupy hodowcy dzików, a także historie o tajemniczym świetle, które pojawia się w nocy, idzie przez wieś i znika w okolicy kapliczki św. Jana. Okolicę mają poza tym odwiedzać diabły. Polecam też opowieści z tej strony.



Po wyjściu z cerkwi poszliśmy zwiedzać hodowlę dzików. Chyba drugiej takiej nie ma w całej Polsce. Dziki mogą tutaj wychodzić z zagród i biegać po lesie i górach, ile chcą! Przy mnie kilka sztuk biegało wolno. Pan Jan zastanowił się chwilę i policzył, że w tym momencie poza zagrodą jest ich dziewięć. Rzeczywiście - gdy potem obchodziłam opuszczone domostwa za wsią, w zaroślach cały czas słyszałam chrumkanie. Szczerze mówiąc słyszałam je też idąc od Rybotycz, ale myślałam, że coś sobie wkręcam. - Czasem nie ma ich dwa, trzy miesiące, potem wracają, bywa że z młodymi - mówił pan Jan. Jedzą buraki, zboże. Mają taki świetny węch, że wiedzą, co jest zasadzone na której górce. Zapytałam też o zagadkę łaciatych dzików. Pan Jan jest zdecydowanie zwolennikiem teorii o mezaliansie - te łaciate to świniodziki.


 Dzik z zagrody na wolności:






A oto najważniejsza para dzików w gospodarstwie. Nazywają się Borys i Sońka:



Tak wyglądają dwa opuszczone domki we wsi. Jeden był kompletną ruiną, drugi był zamknięty. To tutaj w krzakach cały czas słyszałam wokół siebie chrumkanie półdzikich dzików.



"Krajobrazy nieistniejących wsi - ile ich widziałem, chyba wszystkie, wtedy gdy stały jeszcze kikuty cerkwi i resztki domostw, i potem, gdy spychacze równały ziemię dla potrzeb pegeerowskich ferm. Dziś to już inne krajobrazy, niepodobne do tych sprzed kilku dziesiątków lat, można rzec - mityczne, fascynujące przeszłością i tajemniczością otoczenia. (...) Opuszczone wsie przez całe dziesiątki powojennych lat, poza nielicznymi przypadkami, zionęły pustką. To, co uniknęło zagłady podczas wojny i walk z UPA, było dewastowane i niszczone. Z nakazu władz, jak i ze zwykłej ludzkiej głupoty - inaczej tego nazwać nie można - zbudzono dziesiątki cerkwi i zdewastowano cmentarze" ("Krajobrazy nieistniejących wsi", Stanisław Kłos)

Opuszczona cerkiew św. Jerzego w Cieszanowie stoi pośrodku tej niewielkiej miejscowości. Pochodząca z 1900 roku budowla jest oczywiście zamknięta. Klucz znalazłam w urzędzie gminy. Pomocni i mili urzędnicy (pozdrawiam!) dali radę, choć kogoś zajmującego się tematem akurat nie było w pracy. W końcu z jedną z urzędniczek i z gigantycznym kluczem ruszyłam do budowli. Pani urzędniczka stwierdziła, że chyba same nie podołamy pchaniu drzwi i trzeba iść po innego urzędnika, mierzącego akurat opuszczoną synagogę, gdzie coś będzie robione. On mierzył, my czekałyśmy. W końcu ja i dwoje urzędników weszliśmy do środka. Powiedzieli mi, że w planach jest utworzenie tu jakiegoś ośrodka wystaw czy czegoś w  tym rodzaju. Jak widać, niektóre prace remontowe już zostały zrobione.
























Natknęłam się też na opuszczone gospodarstwo z radiami. Drewniany dom był częściowo rozgnieciony i zdaje się, że nadpalony. Mimo to w środku wciąż wisiało pranie na sznurkach, tak jak w jednym z najlepszych kampinoskich domów, jakie ostatnio znalazłam. Obok stało przedpotopowe radio.



Żeby dostać się do pozostałych pomieszczeń, musiałam przez dawne podwórko dojść do drugiego wejścia. W środku było bardzo ciemno. Znalazłam notatki sprzed kilkunastu lat. Ktoś przez lata skrupulatnie coś zapisywał każdego dnia. Teraz już nie wiadomo, co to było.






Znalazło się też drugie radio:







Poza opuszczonymi miejscami zwiedzałam też Bieszczady. Była to moja pierwsza wycieczka w te góry, jakoś tak się złożyło. Jest tam dokładnie tak, jak sobie wyobrażałam, a nawet lepiej. Odwiedziłam obie znane połoniny i okolice Bukowca. Łatwo nie było. Na dzień przed przyjazdem do Ustrzyk Górnych spadłam z ruin cerkwi w Ujkowicach.



Grekokatolicka cerkiew Przemienienia Pańskiego w Ujkowicach została zbudowana w 1826 roku, przebudowana sto lat później. Jest opuszczona od czasu wysiedleń, dach zawalił się 9 lat temu.


W środku ruin jest dawna kopuła cerkiewna, ledwo widoczna zza kwiatów i chwastów:




Trzeba było wspiąć się może metr po cegłach, żeby zrobić zdjęcie malowidła. Na chwilę się odwróciłam, gdy zaplątałam się w pasek od aparatu. Potem pomyliłam cegły i chwyciłam się nie tej wcześniej sprawdzonej, tylko poluzowanej. Spadłam na nogi i pierwszy raz w życiu mało nie zemdlałam z bólu. Kontuzja kostki ciągnie się do dziś, pewnie jest skręcona. Oto feralne malowidło:


Najpierw ledwo schodziłam ze schodów i myślałam, że to koniec wyprawy, ale obwiązałam się bandażami i pierwszego dnia doszłam do Kopyśna, drugiego od Bukowca do Beniowej i z powrotem, a trzeciego z pomocą kostura wlazłam na Połoninę Caryńską.

Na Połoninę Caryńską weszłam od strony Brzegów Górnych szlakiem czerwonym. Dojechałam tam busem z Ustrzyk Górnych, gdzie autko zostało pod hotelem. San-Bus odjeżdża o ósmej, jedzie się kilka minut. Pod szlakiem jest parking, kupuje się bilety wstępu na szlak. W ogóle wielkim ułatwieniem były dla mnie parkingi płatne, czynne mimo września.

Na początku szlaku jest mała łąka i kapliczka. Potem wchodzi się w las. Podejście jest dosyć strome, są kładki i poręcze.






Po jakiejś godzinie wyszłam na pierwszą polankę. W Bieszczadach wszędzie są teraz fioletowo-niebieskie dzwonki (goryczka tojeściowa?), rude jagodowiska, żółte trawy. Czasem pojawiają się też liliowe, wysokie kwiaty, które teraz robią się białe i puchate. Potem znów wchodzi się w las. Ostatnie podejście na szczyt połoniny jest strome, ale już wszędzie są widoki, na które się czeka.

















Na samym szczycie była jedna osoba śpiąca na ławce i druga z plecakiem, równie cicha. Aż mi było głupio jeść chrupiący wafelek. Istny raj.







Szczyt to niemal początek wyprawy, gdy idzie się od Brzegów (Berehów) Górnych. Do Ustrzyk jest jeszcze daleko. Idzie się ścieżką przez kolejne wzniesienia połoniny. Nie jest to równa ani łatwa droga. Widoki są genialne. Trzeba jednak wyjść jak najwcześniej w góry. Nie chodzi tylko o pogodę. Do połowy połoniny byłam niemal sama. Potem zaczęli pojawiać się ludzie idący od Ustrzyk. Im było później, tym bardziej wyglądali, jakby teleportowali się z Krupówek - na przykład szli z małymi pieskami, w tenisówkach albo z trójką małych, marudzących dzieci. Efekt słonecznego weekendu. Na szczęście nie było tego towarzystwa za wiele. Spotkałam za to dosłownie jedną osobę idącą w tym samym kierunku co ja i to już pod koniec trasy.























 Potem przez łopiany i las i schodzi się do Ustrzyk Górnych.





ciąg dalszy nastąpi:>

7 komentarzy:

  1. Przepiękne tereny. Brawo za zdjęcia (za te z poświęceniem szczególnie) i oczywiście za bardzo ciekawy i miejscami humorystyczny opis (tekst: "jakby teleportowali się z Krupówek" - ubawił mnie setnie) :) Cerkwie przepiękne - pozazdrościć takiej wyprawy :) Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. kolejna rewelacyjna relacja, świetne zdjęcia..genialne miejsca...i ile przygód :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Bieszczady są piękne, szczególnie jesienią! Opuszczone miejsca przez Ciebie zwiedzone są cudowne! Zapragnęłam je zobaczyć. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo się cieszę, że tu trafiłam - właśnie planuję wyjazd w Bieszczady i chcę się skupić tylko na opuszczonych cerkwiach.

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Wybieram się do Kopyśna i zastanawiam się jaka jest szansa na to, że uda mi się wejść do środka cerkwi? Czy istnieje możliwość umówienia się z Panem który ma klucze?

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie mam pojęcia czy jest mozliwość umówienia, nie mam do niego żadnych namiarów. Ale chyba mała szansa, że się pojedzie i go nie zastanie.

    OdpowiedzUsuń
  7. Los przywiódł mnie na piękną stronę :-)

    Ale "Znalazłam też kolejny opuszczony dom z wiszącym praniem." - nie wiszące pranie Pani znalazła :-) na drągach, jak na wieszakach, wieszało się codzienne ubrania, taka szafa bez szafy, drąg jako wieszak :-)

    OdpowiedzUsuń