niedziela, 13 lipca 2014

Od Zakroczymia do Wyszogrodu

Po dalekich trasach pora na "powrót do korzeni";> i jakąś prawdziwą, wypoczynkową, mazowiecką miniwycieczkę. Postanowiłam powtórzyć objazd sprzed roku i zwiedzić północny brzeg Wisły od Zakroczymia po most w Wyszogrodzie - a potem wrócić obrzeżami Puszczy Kampinoskiej do Warszawy. Zastanawiałam się, czy po pozamazowieckich wyprawach ta skromna trasa, która poprzednio tak mi się podobała, nie zblednie. Nie zbladła - dalej wydaje mi się, że to wyjątkowe miejsca, z tajemniczą atmosferą. Można tam bardzo odpocząć. Większość zdjęć jest z tego roku, niektóre z zeszłego.

Trasa: Zakroczym-Mochty Smok-Smoszewo-Czerwińsk-Grodkowo-Wyszogród-opuszczone domy pod Wyszogrodem


                                        


Gdy jedzie się od Warszawy, pierwszym przystankiem jest Zakroczym. Jak dla mnie najlepsze miejsce w samym miasteczku to kościół świętego Józefa i jego otoczenie. Żeby tam trafić, trzeba pojechać na Rynek. Tam parkuje się na środku i od razu widać pomalowaną na pastelowe kolorki bramę.




Tuż za nią zaczyna się wyłożona kocimi łbami, różana alejka do kościoła. Jak dla mnie wygląda to jak jakieś miejsce we Włoszech:







Ostatnie trzy zdjęcia były z czerwca zeszłego roku. Tylko wtedy udało mi się wejść do środka kościoła, tym razem był zamknięty. W 2013 roku trwał tam remont. Żyrandole na suficie były poowijane w folie, co mi się podobało:> Od zewnątrz kościół przypomina łódź podwodną przez te okrągłe okna:











A oto okolice kościoła. Za nim można zejść schodkami w dół skarpy.




Wycieczka w okolice Zakroczymia nie może obyć się bez pewnej wsi: Mochty-Smok. Powstała przez połączenie dwóch miejscowości o tych dwóch nazwach. Są tam ruiny cegielni i tajemnicze jeziorko w lesie, zwiedziłam oba te miejsca.

Skąd nazwa Smok? W necie można znaleźć różne wersje wydarzeń. Być może chodzi o to, że jeziorko położone w lasku obok wsi z góry wygląda, jakby miało kształt smoka. Mogło też chodzić o dawnego polskiego potwora, mazowieckiego smoka, czyli prasłowiańskiego żmija. Jeszcze jedna wersja mówi o Wikingu, który dla ochrony przed Złym wrzucił do rzeczki Strugi sztuczną głowę smoka z dzioba okrętu.

Żeby tam dojechać, za Zakroczymiem trzeba skręcić z drogi nr 62 w polną drogę w lewo. Mapa  google pomoże - nie chodzi o polną dróżkę prowadzącą prosto do Wólki Smoszewskiej, tylko o tę następną.
Trzeba nią jechać, aż pojawi się po prawej stronie aleja obsadzona drzewami po obu stronach. Tam widoczny będzie ten oto drogowskaz nie tylko z napisem "Smok", ale i o kształcie smoka;>


Wjechałam na drogę i zobaczyłam na poboczu grupę kobiet, które robiły coś ze stertą buraków. Zapytałam, jak dojechać do stawu. Powiedziały, żebym jechała dalej prosto i zostawiła samochód przy studzienkach. Okazało się, że to oznaczało sam koniec tej krótkiej drogi.



Przy tych paru studzienkach zaczyna się wąska dróżka w las:



Gdy ścieżka się rozwidla, trzeba pójść w lewo, choć najpierw się pomyliłam i poszłam w prawo, wyłażąc na jakieś pole.


Gdy się już pójdzie w lewo, od razu wyłaniają się wąwozy, porównywane do tych z Kazimierza Dolnego. Rzeczywiście, chyba mało kto wie, że rzut beretem od Warszawy są takie rzeczy. Mnie tej rejon wsi obok Zakroczymia skojarzył się z Wąwozem Szaniawskiego i okolicami, opisywanymi już tutaj.




Trzeba iść ścieżką dalej w lewo, aż wyłoni się staw na rzeczce Strudze. Podobno powstał przed drugą wojną i jest sztucznym zbiornikiem, utworzonym przez właściciela majątku Mochty w ramach elektrowni wodnej.


Z góry staw rzeczywiście przypomina trochę smoka, lub może raczej tego prasłowiańskiego żmija:


"Smok – nazwa mitycznego groźnego węża skrzydlatego – znana jest w polszczyźnie od czasów najdawniejszych. Była używana też w wielu znaczeniach przenośnych (np. zool. 'jaszczurka draco volans'; 'trąba morska'; 'tęcza'; astr. 'gwiazdozbiór północy'; woj. 'działo; kolubryna'). Występuje w różnych językach słowiańskich. W języku prasłowiańskim wyraz miał postać *smokъ i oznaczał 'jakąś istotę mityczną'. Wcześniejsze pochodzenie – niejasne."

http://poradnia.pwn.pl/


Jak widać mniej więcej pośrodku tego ostatniego zdjęcia, nad wodą rośnie jedna wierzba. Podobnie jak z całym stawem, wiąże się z nią pewna "legenda ludowa". Można o tym przeczytać w bardzo ciekawym tekście Arkadiusza Szarańca (zresztą pasjonata mazowieckich i nie tylko wycieczek) pt "Jezioro Smok, czyli taka tam bajęda historyczno-mityczno-mistyczna". Znalazłam go na stronie zakroczym.pl. Napisałam nawet do autora z zapytaniem, czy to jego wyobraźnia, czy raczej realne podania i odpisał, że pisząc tekst, opierał się na publikacjach m.in. polskiego archeologa Zdzisława Skroka.


A oto fragmenty tekstu (podkreślenia moje):

"A więc te siedem wzgórz na jakich leży od zawsze Zakroczym, które tak od razu zoczył i wyrysował Dahlberg - to wcale nie jest przypadek. Jeśli uważny obserwator popatrzy na mapę, połączy te punkty w całość (a każdy jest wyznaczony specjalnie usypanym kurhanem jeszcze przez praszczurów naszych za czasów głębokiego neolitu) to otrzymuje jasny obraz - tak, toż to Wielka Niedźwiedzica!

Nasze mazowieckie Stonehenge? Zakroczymski płaskowyż Nazca? Miejsce kultu, „środek świata" dla tamtych ludzi sprzed tysięcy lat, tak bezradnych wobec potęgi natury, bezkresu kosmosu, bezmiaru lasów, wód potężnych, biegnących znikąd do nikąd, a gór wysokich a znikających w morzu słonym, z którego przybywali przeróżni obcy? Gdzież go szukać jak nie nad Wisłą, nad którą w Krakowie czakram, jeden z siedmiu na świecie, drogą jedyną przez setki i tysiąclecia?

A co ma do tego Struga, jej parów głęboki i to niezwykłe, śródleśne, utopione wśród drzew jeziorko? Ano wiele, tajemniczy krąg siły obejmował siedem wzgórz, ale tuż za jego granicą hulały ciemne siły, które można było przebłagać, ale zwykle na krótko. Dlatego nikt tam się nie osiedlił. 

Byli śmiałkowie, którzy próbowali to miejsce objąć w posiadanie, ale zwykle to się marnie kończyło i mizerne resztki po nich pozostawały, i zaraz potem znowu wracała ta sama cisza i pustka co zawsze.

Może nie wszystkie dawne bóstwa i boginki prasłowiańskie i wcześniejsze odeszły na zawsze, nie wszystkie święte gaje wycięto... Pono w tym miejscu oddawano cześć bożkom wody, burzy, piorunów, tych sił, które zagrażały mieszkańcom i przybyszom. Ciskano w głęboki parów rybę, kościany grot, łuskę jesiotra, pazur niedźwiedzia, szczękę wydry, sztylet z rogu jelenia czy renifera, srebrną zapinkę, kawałek bursztynu - na przebłaganie. Kiedyś nawet złożono ofiarę z młodej dziewczyny o długich jasnych włosach. Wyrosła tam potem, nie wiadomo jakim sposobem, bo w pobliżu nie ma wcale takich drzew, jedna samotna, wiotka wierzba płacząca. Kiedy rosła, rosła i w końcu padała ze starości, zaraz na jej miejscu pojawiała się następna - ale zawsze tylko jedna jedyna."

( Arkadiusz Szaraniec, fragmenty tekstu"Jezioro Smok, czyli taka tam bajęda historyczno-mityczno-mistyczna")




Według tekstu Arkadiusza Szarańca jedna z legend mówi o Wikingach, którzy kiedyś tu przypłynęli i zaczęli handlować z miejscową ludnością, ale w końcu jednego z nich coś w tym miejscu zaniepokoiło:

" (...) rychło się zorientował z czym ma do czynienia. Namówił jednego śmielszego otroka i ten pokazał mu cały parów, opowiedział jakie ZŁE tu siedzi."

Wtedy Wiking wziął z okrętu głowę smoka i rzucił do Strugi. Od tamtej chwili to miejsce jest nazywane Smokiem.


Mam nadzieję, że to prawda - słowiański święty gaj pod Warszawą to byłoby coś ;> W każdym razie jedno trzeba przyznać - miejsce ma dosyć dziwną atmosferę. Jakby tego było mało, nad brzegiem znalazłam jakieś wejście do tunelu. UWAGA - tuż obok jest duża, niezabezpieczona studnia czy coś w tym stylu. Mało tam nie wleciałam, gapiąc się raz na tunel, raz na jezioro.




Następnym przystankiem była pobliska opuszczona cegielnia we wsi Mochty. Żeby tam dojechać, trzeba wrócić do miejsca z drogowskazem-smokiem i jechać dalej drogą, od której odchodzi ten szpaler drzew. Dojedzie się do zakrętu z kapliczką i wtedy trzeba jechać jak droga prowadzi, czyli w prawo do oporu.


Da się zaparkować pod ostatnim domem, ale bez kłopotu można też podjechać do samego obiektu. Cegielnia jest położona nad niemal samym brzegiem pięknej nadwiślańskiej skarpy.


Opuszczona cegielnia w Mochtach działała jeszcze w latach 90-tych, potem została zamknięta. Sporo można dowiedzieć się m.in. z bloga frontwola.blogspot.com i nie tylko. Ponoć zakład może mieć nawet 150 lat. Na pewno produkowane tu cegły służyły do budowy Twierdzy Modlin, były uważane za pierwszorzędne ze względu na wydobywaną tu glinę i transportowano je drogą wodną, barkami. Po wojnie zakład oczywiście upaństwowiono, ale został dobity dopiero po upadku komunizmu.



To druga po tej w okolicach Michałowa opuszczona cegielnia, jaką zwiedzam w tym roku. Teraz już wiem, że korytarze, na jakie można natknąć się w opuszczonym zakładzie, to pozostałości po piecu do wyrobu cegieł. Na tym w Mochtach brakuje już drewnianej nadbudowy, ale część ceglana trzyma się świetnie i można od środka obejść piec naokoło.







Z tym miejscem też wiąże się pewna opowieść - o dwójce młodych ludzi, która w tej okolicy popełniła samobójstwo. Ma dwie wersje, a może to dwie niezależne od siebie historie? Według tej znalezionej na opencaching.pl na terenie cegielni powiesił się z powodu nieszczęśliwej miłości kilkunastoletni chłopak, a tydzień po nim obiekt jego uczuć. Według drugiej ("Tygodnik Ciechanowski") w 2009 roku tylko dziewczyna powiesiła się w ruinach cegielni, a chłopak w Zakroczymiu, zaś motywem był wypadek samochodowy spowodowany przez chłopaka - w tej wersji 22-latka. Poważnie ranne zostały trzy osoby. Chłopak początkowo uciekł z miejsca wypadku, myśląc, że pozabijał przyjaciół, a potem powiesił się. Tuż po nim odebrała sobie tutaj życie 17-letnia Justyna, jego dziewczyna.






Przez krzaczory dostałam się na sam brzeg nadwiślańskiej skarpy, żeby podziwiać widoki. Tędy cegły płynęły kiedyś do Twiedzy Modlin:




W okolicach Zakroczymia jest ulica o nazwie Duchowizna,więc musiałam tam pojechać :> Okazało się, że to szczere pole, na którego końcu jest pewne bardzo ładne miejsce nad Wisłą.


Gdy tak jechałam, zobaczyłam wjazd do czegoś, co początkowo wzięłam za opuszczony ośrodek konferencyjny czy coś w tym rodzaju. Dosyć dziki wjazd obok zrujnowanych małych budynków, potem zamknięta brama w polu i aleja z latarniami niczym w parku w Jadwisinie:



Na końcu alejki okazało się jednak, że ośrodek chyba działa. Były drewniane domki i jeden większy budynek, nadszedł też jakiś pan z yorkiem, który groźnie do mnie podkicał . Pan okazał się być pracownikiem czy właścicielem ośrodka i zgodził się na zwiedzanie, więc ochoczo ruszyłam w stronę Wisły, podejrzewając, że będą widoki. Tak też było, a okolica znów przypominała Wąwóz Szaniawskiego. Były schodki w dół, rzeka, cisza i spokój. No, może nieco zburzyło go nadejście jakiejś pani, która była bardzo zdenerwowana tym, że robię zdjęcia, ale wobec pozostałych plusów przejdę nad tym do porządku dziennego;>









Następnym punktem wyprawy była wieś Smoszewo. Jest mało znana i leży na uboczu nadwiślańskiej trasy, strasznie ją lubię. Cisza i spokój, widoki na pola, niesamowita, egzotycznie (wręcz jakoś hindusko) wyglądająca kapliczka św. Izydora,cmentarz i kolorowy kościół, malownicze zejście nad Wisłę, stara siedziba Nadzoru Wodnego ... W zeszłym roku też tam byłam i miejsce znów mnie oczarowało.






























 W rejonie Smoszewa znalazłam nawet opuszczony domek, ale choć trzymał się nieźle, to w środku jedynym wyposażeniem okazały się firanki:




Kolejnym punktem wycieczki było Chociszewo, gdzie stoi XIX-wieczny drewniany kościół św Leonarda:
                                          






Potem pojechałam do Czerwińska, z którym też wiążą się jakieś dziwne opowieści. Podobno okolice
Bazyliki Matki Bożej Pocieszenia, której początki sięgają XIII wieku,  to jedno z kilku polskich Miejsc Mocy, a przed bitwą pod Grunwaldem król Jagiełło właśnie z tego względu zrobił tu zebranie wojsk.









Bazylika jest przy ul. Klasztornej 23. Tam można zaparkować, a potem jechać dalej w dół skarpy do Rynku i tak zwanej Pragi, uliczki wzdłuż Wisły, gdzie jest pełno drewnianych, długich chatek, w tym opuszczonych. Najpierw przejeżdża się obok wejścia na boisko z dziwnymi malunkami:






Potem droga zakręca i jest się już wśród domków:






                          

Wygląd niektórych zdążył się nieco zmienić od zeszłego roku:




Niektóre domy są opuszczone, do jednego dało się wejść, inne dwa,wyglądające interesująco, były zamknięte.



Były tam już jakieś Zosie:






Po prawej w pewnym momencie pojawi się wygodny zjazd nad samą rzekę:












Zanim w tym roku pojechałam do Wyszogrodu, wybrałam się do wsi Grodkowo, gdzie są ruiny dworu Dziewanowskich herbu Jastrzębiec (a wcześniej Nakwaskich). Chaszcze nie zdołały ich na szczęście zasłonić całkowicie. Żeby tam trafić, skręciłam zgodnie z drogowskazem na Grodkowo z drogi nr 50 prowadzącej z Wyszogrodu. Dojechałam do bramy wyglądającej na resztki zabudowań dworskich.


Tak też było. Dalej pokierował mnie okoliczny mieszkaniec. Powiedział, że właściwy dwór to ta kompletna ruina, a część, która w całości dotrwała do naszych czasów, dziedzic zbudował dla syna.

Część, z której zostały dziś już tylko resztki murów, powstała w XIX wieku, a tę zachowaną, ale niestety zamurowaną na amen, na początku XX. Po wojnie w tej drugiej mieściły się biura PGR. Tutaj można znaleźć ciekawie opisaną historię obiektu i jego dawne zdjęcia, także ślubne fotografie dziedziców.











Obeszłam cały obiekt, szukając wejść, ale bez skutku. Tylko w jednym miejscu była dziura w zamurowanym wejściu do piwnicy. Niestety, zdecydowanie za mała nawet jak dla mnie. Zmieścił się za to aparat i flesz, więc zobaczyłam, co jest w środku - całe korytarze. Swoją drogą ciekawe, dlaczego ten ktoś nie zdecydował się burzyć ściany dalej.



W okolicy są piękne resztki parku dworskiego ze stawem i strumykiem.







W Wyszogrodzie zdecydowanie najlepsze jest miejsce z napisem "Wyszogród". Prawie jak napis "Hollywood";> Żeby tam dojechać, trzeba kierować się do końca ulicą Wiślaną. Przy napisie dopiero w tym roku wypatrzyłam wąskie schodki w górę skarpy. Powstał też namiotowy minibar, gdzie można kupić sobie piwo albo w przypadku kierowców colę i posiedzieć nad rzeką. Był tu kiedyś najdłuższy drewniany most w Europie, zbudowany w 1916 roku,a  rozebrany w 1999.














                                        

Potem przejechałam przez aktualny most w Wyszogrodzie i zaczęłam pomału wracać do Warszawy. Po drodze jest pewne miejsce, gdzie warto się zatrzymać - to most nad rzeką Bzurą:



Niezbyt daleko od Wyszogrodu zatrzymałam się w jeszcze jednym miejscu, widząc opuszczony dom. Gdy podeszłam bliżej, okazało się, że budynki są dwa, a ten schowany za tym pierwszym jest jeszcze lepszy. Wyglądał jak domek Baby Jagi, z resztkami kwiatowego ogródka:



Potem okazało się, że do tego ceglanego nie da rady wejść bez latarki, a i zapewne jakiejś minidrabiny w moim przypadku. Więc zostawiłam go na później - przez okno widać obiecujące tapety. Za to drugi dom mnie nie zawiódł. Pochodziłam do niego pomału, bo przypominał siedzibę złomiarzy, ale nie było tam żywego ducha. Były za to różne skarby, w tym obraz komunijny i czerwona walizka pełna ubrań. Ciekawe, skąd się tam mogła wziąć? Nie zabrakło też obrazów, w tym dzieła van Gogha;>













Drzwi do drugiego pomieszczenia były zamknięte. Ale od zewnątrz zauważyłam wybite okno, całe zakryte firanką. Odsłoniłam ją i zobaczyłam klauna:




To chyba pierwszy klaun, jakiego spotkałam w opuszczonym domu.
Na koniec różne bezdroża z tej trasy:



















1 komentarz:

  1. Po co komu wyszukane, modne wycieczki skoro jest tyle intygujących miejsc do zwiedzenia tuż obok nas.

    (Ach, ten klown. ♥)

    OdpowiedzUsuń