czwartek, 1 lutego 2018

Gostynin i leśne okolice część 2

W poprzednim odcinku TU pokazałam pierwszą część relacji ze styczniowej minitrasy do Gostynińsko-Włocławskiego Parku Krajobrazowego. Teraz druga część, czyli śnieżna wycieczka wzdłuż Skrwy Lewej od Białego do Krzywego Kołka i powrót inną drogą, a także dwa cmentarze - ewangelicki na Kujawach i katolicki pod Gostyninem.







Cmentarz ewangelicki D. jest i w lesie, i przy dość ruchliwej drodze na Kujawach, niedaleko pokazanych w poprzednim odcinku cmentarzy w Kowalu. W domu wyszukałam na podglądach map Google miejsce, gdzie powinnam wejść w las od strony drogi i szukać. Charakterystycznym punktem był słup energetyczny. Na miejscu zaparkowałam krzywo pod jakąś posesją licząc na wyrozumiałość mieszkańców i ruszyłam między sosny.

Miejsce na pierwszy rzut oka nie wygląda cmentarnie. Żadnych dębów ani charakterystycznych gęstych lilaków. Ale jest inna cecha charakterystyczna - pagórek. No i w końcu wypatrzyłam go z oddali, a na nim parę odcinających się od bieli kształtów.



Cmentarz pochodzi z przełomu XIX i XX wieku. W 2009 roku Fundacja Ari Ari uporządkowała go. Sądząc po starych zdjęciach z internetu, od tamtej pory cmentarz stał się nieco bardziej podniszczony, nagrobki pionowe są już na ziemi. Mimo to widać znicze, ktoś jednak pamięta o tym miejscu.












Pod koniec soboty podjechałam jeszcze na cmentarz katolicki w Solcu pod Gostyninem, żeby wykorzystać dzienne światło i coś jeszcze obejrzeć. Jest kilka zabytkowych grobów z przełomu XIX i XX wieku i zbiorowa mogiła wojenna kilku żołnierzy poległych w1939 roku.












A teraz leśna wycieczka. Tak jak poprzedniego dnia, wystartowałam z Lucienia. Tym razem zaparkowałam pod kościołem, akurat zaczynała się msza. To chyba najlepsze miejsce w okolicy na bezpieczne zostawienie samochodu. No ale coś za coś, trzeba było znowu iść kilometr szosą do zakrętu na Białe. Jak się potem okazało, pod tamtejszym kościołem też można w sumie zostawić autko, ale w Lucieniu jest bardziej zacisznie i za bramą. Póki co szłam szosą w stronę zakrętu na Białe. Poprzedniego dnia już tam byłam, wracając z zielonego  szlaku prowadzącego wzdłuż Jeziora Lucieńskiego.
 





Rzeka Skrwa Lewa odchodząca od Jeziora Lucieńskiego. Potem zmieni się ona bardzo dwa razy:>






Skręciłam w asfaltówkę prowadzącą do wsi Białe nad Jeziorem Białym. Widać było z oddali to jezioro:


Zakręt do wsi Klusek, cały czas szłam według znaków niebieskiego szlaku pieszego.











Znowu Skrwa Lewa i wodomierz Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej. Tu rzeka jest bardzo mała, w lesie zmieni się w wielkie rozlewisko:>




Opuszczone piwniczki jak w Puszczy Kampinoskiej:


Pierwsze wątpliwości co do tego, gdzie mam iść, zaczęły się jeszcze we wsi Klusek. Ktoś powinien ewidentnie namalować więcej niebieskich znaków na tym szlaku. No ale według mapy skręciłam w prawo,  zamiast iść prosto i jak się po chwili okazało, to był dobry pomysł.


Droga wchodzi już w las, tam niebieskie znaki się odnalazły:


Przez pierwsze może dwa kilometry po wejściu w las miałam wygodnie, bo szłam po koleinach wyżłobionych przez jakiś samochód.  Jak się potem okazało, najwyraźniej to myśliwi jechali do jednej z ambon.











Po prawej zaczęły się widoki na coraz bardziej dziką Skrwę Lewą. Nawiasem mówiąc "Skrwa" po celtycku znaczyło podobno "woda" i taka nazwa rzeki świadczy o dawnej obecności Celtów na tych terenach.




Teren zrobił się polodowcowo pofałdowany. W okolicy jest zresztą tak zwany Oz Gostyniński, pokażę go w dalszych odcinkach z wcześniejszej trasy w te rejony, także styczniowej, ale jeszcze sprzed śniegu.







No i niestety wygodne koleiny zakręcały w lewo, gdzie na końcu drogi stała myśliwska ambona, a ja musiałam iść prosto, czyli przez zaspy. Jedyne ślady to były ślady sarenek. Marsz stał się przez to bardziej męczący.







Tymczasem widoki na Skrwę Lewą były coraz lepsze:





Szlak wszedł na chyba oberwane zbocze polodowcowej górki, przynajmniej wskazywały na to powalone do rzeki drzewa.



Trzeba było jakoś iść tym brzeżkiem po lewej nad wodą:





Doszłam do końca górki, dalej była woda. Zorientowałam się, że kolejne niebieskie znaki są gdzieś dalej, a kładki brak. W jednym miejscu po lewej było biało, pozornie bez wody. Ale gdy ostrożnie spróbowałam tam wejść, załamał się pode mną lód i wykąpałam sobie jedną łydkę. Czyli to, co na tym zdjęciu poniżej było pod zwalonymi drzewami, to lód zasypany śniegiem. Trzeba było przejść po tych drzewach. Nie miałam głowy do robienia zdjęć, bo jakieś 20 minut kombinowałam, jak po tym przejść, żeby się nie poślizgnąć i nie wykąpać na mrozie na kompletnym odludziu. W końcu jakoś weszłam na niższy pień i trzymając się tego wyższego, krok po kroczku przeszłam na drugą stronę. Po drodze była jeszcze jedna taka przeszkoda, ale już o wiele prostsza i mniejsza.




Szczerze mówiąc zaczęłam mieć tam stracha, bo niebieskie znaki nie były namalowane wystarczająco gęsto, a trudno było kierować się czymś innym niż nimi i bliskością rzeki z powodu  zasypania wszystkiego śniegiem i braku cudzych śladów. W pewnym momencie musiałam iść najpierw w jedną stronę, a wobec braku znaków wracać i zgubiłam własne ślady. Na szczęście rzeka była znakiem charakterystycznym i trafiłam na ostatni widziany niebieski znak, a potem na właściwą trasę.


Piękne zakola Skrwy Lewej. Nie wiedziałam, że jest tam tak dziko i pięknie. Miejscówka jest podobno wyzwaniem dla kajakarzy, w necie można znaleźć ciekawą relację.


Bliżej Krzywego Kołka krajobraz na chwilę się zmienił, pojawiła się szkółka leśna.



Pomału dochodziłam do miejsca oznaczonego na mapie jako Krzywy Kołek, opuszczonej leśnej osady, po której już nic nie zostało. Znów miałam chwile zwątpienia przez rzadko namalowane znaki, a powrót też nie należałby do prostych z powodu tych samych wątpliwości. Pewnie bez śniegu widać po prostu wydeptaną ścieżkę, ze śniegiem łatwo nie było.


Dziurawa kładeczka przez Skrwę Lewą i już jest połączenie szlaku niebieskiego ze szlakiem żółtym.




Tak wygląda teraz dawna osada Krzywy Kołek. Zrobiłam tam mały postój pod tą wiatą, tam jest nie ławka, tylko jakaś studnia i usiadłam na jej pokrywie, upewniając się wcześniej, czy na pewno nie wlecę do środka, jeszcze tylko tego by brakowało:> Patrzyłam na mapę i zastanawiałam się, co dalej. Plan był taki, żeby iść od tego miejsca na południe, szukając opuszczonego cmentarzyka ewangelickiego w lesie. Ale to nie oznakowana trasa, a nawet z oznakowaną przy tej ilości śniegu miałam kłopoty. Może iść do Jeziora Soczewka i wracać z racji niedzieli autostopem? W końcu postanowiłam mimo wszystko iść planowaną trasą.


Szeroka droga prowadziła prosto na południe. Nie miałam stuprocentowej pewności, czy to na pewno ta zaznaczona na mapie jako "nie oznakowany szlak rowerowy", ale na to wyglądało. Przez pewien czas mogłam znowu iść koleinami, co było sporą ulgą.




Koleiny się skończyły i znów trzeba było brnąć przez zaspy. Na mapie druga ścieżka w lewo prowadziła szybko do cmentarzyka. W rzeczywistości było pełno różnych ścieżek, na pewno nie dwie, a każda zasypana. Wypróbowałam bez powodzenia dwie, nie znalazłam tego miejsca. Stwierdziłam, że skoro nie mam pewności, czy w ogóle idę dobrą główną drogą (może ona idzie jakoś na ukos, a nie prosto na południe do Białego?), to trzeba oszczędzać siły i czas w razie błądzenia. Postanowiłam przełożyć dalsze poszukiwania cmentarzyka na inny raz i skoncentrować się na wyczłapaniu krok po kroku z tego lasu:>


Na szczęście główna droga na południe okazała się tą właściwą. Co za ulga, zobaczyć domy, przestrzeń i koleiny po samochodach:>


Porobiłam zdjęcia wejścia do lasu, żeby przy pogodzie bez śniegu wrócić tam i szukać cmentarza aż do skutku.



Szłam prosto na południe do Jeziora Białego.











Zerknęłam na pobliski kościół. Jest przy nim mały parking, więc można ewentualnie stąd startować przy nowych poszukiwaniach leśnego cmentarza.








Szosą doszłam do miejsca, gdzie cztery godziny wcześniej zakręcałam na wieś Klusek, a potem do Lucienia.



A na sam koniec zobaczyłam lamę i dwa miniaturowe koniki w zagrodzie w Lucieniu:




c.d.n.

1 komentarz:

  1. Piękna trasa, bardzo się mi podoba ten cmentarz. Lubię takie miejsca. A zwierzątka jakie spotkałaś i zdjęcia - magiczne.

    OdpowiedzUsuń