środa, 29 marca 2017

Mazowieckie cmentarze ewangelickie i nie tylko, czyli wzdłuż Wisły do Płocka i z powrotem część 2

Opuszczony domek ze świętymi obrazkami, makatkami i kurą na parapecie, dwa opuszczone cmentarze Olendrów i liczący sobie około pół wieku niebieski meblowóz Borgward pośrodku mazowieckiej wsi.






Opuszczony dom z kurą znalazłam przypadkiem, kierując się na jeden z cmentarzy ewangelickich zaplanowanych do zwiedzania. Wspominałam już krótko o tym miejscu w poprzednim odcinku. Zatrzymałam się, zaczęłam robić rekonesans no i wtedy z domów zaczęli wychodzić mieszkańcy. Ale jak to zaskakująco często bywa, pozytywnie nastawieni do moich dziwnych przecież działań. Powiedzieli mi, jak dojechać na cmentarz i gdzie znajdę inny opuszczony dom. Ten był co prawda typu zdewastowanego, ale pozostały liczne klasyczne wiesiexowe skarby:>



Niby już pusto, ale klasyczna pasiasta makatka i komplet dewocjonaliów wciąż na swoich miejscach. Do tego ładna niebieska ściana. Lubię kolorowe ściany w opuszczonych domach. Czasem są po prostu pomalowane na jakiś kolor, a czasem ozdobione łuszczącymi się tapetami. Tu była ta pierwsza opcja:




















Aż tu nagle w oknie.. nieżywa kura:<






Cmentarz Z. ma pewien bardzo charakterystyczny i rzadko spotykany element - ocalałą bramę wejściową. Już kiedyś tu byłam, wtedy znalazłam to miejsce przypadkiem, nastawiając się raczej na opuszczone chatki. Bramę sfotografowałam jako ciekawostkę, dalej były tylko zbite krzaczory.


 Zdjęcia tego samego miejsca sprzed dwóch lat:


 "Christus ist die Anferstehung und das Leben" - "Chrystus jest zmartwychwstaniem i miłością":


Olendrzy osiedlali się tu od końca XVIII wieku. Wskazują też na to napisy na zachowanych grobach.
Teraz wiedziałam, że aby je znaleźć, trzeba podejść od drugiej strony i to tam są pozostałości po cmentarzu, wcale nie takie skromne jak to czasem bywa. Jest jedna "cmentarna alejka" oddzielająca od siebie dwie części cmentarzyka. Do poszczególnych grobów trzeba się już przedzierać przez krzaki.


Znad krzaków wystaje krzyż, musi być na szczycie jakiegoś wysokiego pomnika. No ale nic niżej nie widać, bo mimo lutego zarośnięte. Dopiero potem się tam przedarłam.


Jednak sporo się zachowało! Trzy stojące, duże stele:




Przez krzaki już widać, że ten wysoki pomnik to kolumna - bardzo oryginalna opcja w tego typu miejscu.


No i oto ona:


Pomnik okazał się pochodzić z 1900 roku:









W cmentarnych krzaczorach znalazła się i studnia:



Jest też sporo skromniej zachowanych grobów, klasycznych "zielonych prostokątów" na ziemi, czasem z resztką dawnego pionowego pomnika lub miejscem na napis, dziś już zarośnięty mchem, a o tej porze jeszcze dodatkowo pokryty zmrożonym śniegiem.











Widok na bramę od strony szosy:




 Blisko cmentarza są zamieszkałe gospodarstwa:

 
Jechałam sobie przez mazowiecką wieś, gdy nagle na jednej z posesji moim oczom ukazał się niebieski nietypowy pojazd. Podjeżdżam, a to klasyk jak się patrzy. Zagadałam do właścicieli, którzy jak się okazało prowadzą tam ośrodek szkolenia z rolnictwa ekologicznego. Autko to według nich Borgward z lat 60-tych. Jeden z założycieli ośrodka, Peter, przyjechał nim w 1989 roku ze Szwajcarii, kupił go specjalnie na przeprowadzkę i według słów pracowników "To już wtedy był grat, jak go zaparkował tak już stał. W końcu zrobiło nam się go szkoda i przerobiliśmy go na sklepik z pamiątkami".





Środek pojazdu, przez szybkę:





Cmentarzyk N. jest schowany na końcu bocznej drogi prowadzącej przez osiedle nowych domów. Dziś z tak zwanego krajobrazu kulturowego nie zachowało się tu wiele. Właściwie został tylko ten cmentarz. Olendrzy osiedlali się tu od końca XVIII wieku, pod koniec XIX wieku mieszkało tu blisko 400 ewangelików, katolików cztery razy mniej. Zachowały się tylko nieliczne nagrobki, sam teren cmentarza jest wyraźnie większy.















 Teraz trochę widoków przyrodniczych z tej trasy:>















c.d.n.

5 komentarzy:

  1. U mojej babci w domu ściany też były pomalowane na jednolity kolor. A dodatkowo na pomalowaną ścianę nanoszony był gumowym wałkiem odpowiedni wzór. Na wałek ten delikatnie nanosiło się białą farbę,wałek dociskało się do ściany i przesuwając z góry na dół,nanosiło się na ścianę wzór. Najczęściej były to jakieś listki lub mozaiki. Sufit tradycyjnie pomalowany był na biało.
    W tym domku z kurą widzę na zdjęciu,że boczna część sufitu ma taki sam kolor jak ściana. U mojej babci było odwrotnie - górna część ścian była biała tak jak sufit,a granicę między białym kolorem a kolorem ściany,podkreślano tzw. szlaczkiem. Była to cienka linia,którą nanoszono cienkim pędzelkiem,a kolor szlaczka był ciemniejszy od koloru ściany.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. tak to prawda, czasem widuję takie szlaczki w domkach. a "wałkowe nibytapety" często się spotyka:>

      Usuń
    2. Malowanie szlaczków i nanoszenie wzoru gumowym wałkiem,było mało pracochłonne. Najgorsze było samo malowanie ścian. Jak dobrze pamiętam,to farby kupowało się wtedy w papierowych workach,a sama farba była w proszku i należało ją rozrobić z wodą. Rozrobiona farba musiała mieć odpowiednią konsystencję - nie mogła być za rzadka,ani za gęsta. Ściany malowało się dużym pędzlem z naturalnego włosia (co najmniej 2 razy i po każdym malowaniu należało poczekać,aż farba wyschnie). A i nie zawsze podwójne malowanie było skuteczne,bo czasami widać było przebicia i punktowo trzeba było je pokryć ponownie farbą. Zdarzało się też,że jak pomalowane wcześniej warstwy farby odchodziły od tynku,trzeba było je zeskrobać szpachelką. A to dopiero była mordęga. Po malowaniu dochodziło jeszcze sprzątanie i mycie podłogi. Często takie malowanie trwało 3 dni.

      Usuń
  2. Zdechła kura w opuszczonym domu to musiało być dziwne ale co ona tam robiła

    OdpowiedzUsuń
  3. Oj, co ja bym dała, żeby móc cofnąć się do lat dzieciństwa... do czasów, kiedy żyli dziadkowie, kiedy zimy nie skąpiły mrozu i śniegu, gdzie wtedy beztroskie życie nie miało żadnych złych barw. Teraz te domy co niektórych mogą dziwić, najbardziej młodsze pokolenia, ale ja doskonale pamiętam podobne wnętrza w latach ich świetności. Aż się łezka w oku kręci.
    p.s. kurę w oknie może przyniósł jakiś zwierzak

    OdpowiedzUsuń