czwartek, 4 czerwca 2015

Opuszczone miejsca województwa zachodniopomorskiego część 1

Tydzień temu wróciłam z drugiej w tym roku długiej trasy. Tym razem zwiedzałam Pomorze Zachodnie. Zrobiłam pętlę od okolic Bornego, przez rejon Koszalina i Mielna, potem dojechałam pokrętnie do Świnoujścia, a stamtąd kierowałam się jeszcze bardziej pokrętnie na południe. W sumie przejechałam około 3,3 tysiąca kilometrów. Znaleziska - pałacowe, dworkowe, przyrodnicze i różne inne pokażę w czterech odcinkach :>




Żeby zwiedzić Dwór z malowanym sufitem, musiałam wyrzucić do kosza swoje plany na cały jeden dzień wyprawy. Na  trop obiektu, jak się okazało wiesiexowej perełki województwa, wpadłam szczęśliwym przypadkiem. Szukałam w necie informacji o jakimś zupełnie innym dworze i w tym samym albumie nagle zobaczyłam te polichromie. Chwila googlowania i byłam nieźle wkurzona. Dwa czy trzy dni wcześniej przejeżdżałam tuż obok tego dworu - niedaleko jest inny fajny obiekt. Gdy wcześniej oglądałam zdjęcia tego budynku w necie, myślałam, że wygląda na wyremontowany i surowy od środka. Informacja o malowidłach gdzieś mi niestety umknęła. No i cóż, postanowiłam wrócić sto kilometrów specjalnie dla tego dworu, nie wiedząc, czy uda mi się zobaczyć malunki.



Okazało się, że nie będzie łatwo. Ale nie mogłam przecież czegoś takiego odpuścić. Udało mi się zobaczyć polichromie i oczywiście, jak nakazują wiesiexowe zasady;>, zostawić wszystko w niezmienionym stanie - tak, jakby mnie tam nigdy nie było. Na szczęście dach jest dobrze zabezpieczony. Nie jestem konserwatorem zabytków i nie wiem, czy tym niesamowitym malowidłom - na pewno jednym z najlepszych, jakie widziałam  - też nic nie grozi. Jedno jest pewne - taki wyjątkowy w skali nie tylko województwa obiekt musi być szybko ratowany. Na razie zrobiono dach. Na miejscu nie ma już na szczęście nic, co mogłoby zaciekawić złodzieja. Ściany są surowe, jedyne co zostało, to polichromie. Pozostaje trzymać kciuki za to, żeby w obiekcie nie wybuchł żaden pożar. Są miejsca, które mimo wszystko nie powinny pozostać zamknięte. Tutaj można by sprzedawać bilety i zrobić z tej wsi jedną z większych atrakcji regionu. Tymczasem informacja o malowidłach jest zakamuflowana, prawie tak jak one same:>





Dwór powstał dla rodu von F. w pierwszej połowie XVIII wieku, malowidła w sali balowej też pochodzą z tego okresu. Przedstawiają muzykantów i postaci z komedii dell'arte. Ten balkonik to tak zwana empora, stała tam orkiestra przygrywająca balującym hrabiom i hrabinom. Zespół dworski do 1945 roku przechodził kolejno w ręce różnych rodów, po wojnie był tam PGR - taki los spotkał zresztą bardzo wiele dworów i pałaców w województwie. Na przełomie lat 70-tych i 80-tych konserwowano budynek i malowidła. Od ponad 20 lat obiekt jest w rękach prywatnych.
















Podczas wyprawy skupiłam się na dworach i pałacach, jak to zwykle w trasie, ale dużą zaletą regionu jest różnorodność wiesiexowych obiektów. Wynagradza to kompletny brak opuszczonych wiejskich chatek - nie zrobiłam ani jednej mimo przejechania tysięcy kilometrów. Była jedna, ale zamknięta, oraz druga, z której zostały resztki murów - i koniec. Za to są inne atrakcje, związane głównie z... wojskiem. I chociaż nie jestem fanką militariów i raczej nie łażę po bunkrach, to przyznaję, że było w czym wybierać. Pierwszego dnia wycieczki odwiedziłam więc Kłomino i Borne Sulinowo.Od razu muszę z żalem powiedzieć, że ze zwiedzaniem tych terenów spóźniłam się ładnych parę lat.


Borne Sulinowo to na pewno temat na dłuższą wycieczkę, niż moja mniej więcej dwugodzinna. Wybrałam sobie do zwiedzania dwa obiekty - Dom Oficera i Cmentarz z Pepeszą. Ten drugi rozwalił przysłowiowy system. Ale od początku. Borne, niegdysiejsza tajna baza radzieckich wojsk opuszczona po 1992 roku, to dziś normalnie zamieszkała miejscowość i siedziba gminy. Charakterystyczne, długie i ponure budynki to obecnie po prostu mieszkalne bloki. Między nimi od czasu do czasu stoją takie same, ale zrujnowane i puste w środku domy, czasem na sprzedaż. Po 1945 roku stacjonowała tu 6 Witebsko-Nowogródzka Gwardyjska Dywizja Zmechanizowana. Żołnierzy było kilkanaście tysięcy, do tego dochodzili pracownicy cywilni i rodziny.


Egzotyczny cmentarz radziecki z pepeszą jest przy drodze wylotowej z miasta. Gdy jedzie się od Bornego, zobaczy się go przy drodze po lewej. Obok malutki parking. Kolorowa ręka z pepeszą wita przybyszów od razu za furtką:



Dalej jest jeszcze bardzie psychodelicznie. Doprawdy, nie podejrzewałam radzieckiej braci o taką fantazję. Te czerwone nagrobki, trójkąty, piramidy, połyskujące elementy, gwiazdy na patykach. Wygląda, jakby chowano tu kosmitów, a nie komunistów. Między tym wszystkim nagrobki dzieci - ze zdjęciami, obłożone starymi maskotkami. Miejscówka nie z tej ziemi.










Cmentarz powstał w 1945 roku, gdy w Bornem założono bazę wojsk radzieckich, w obiektach przejętych po Niemcach. Podobnie jak cała miejscowość, był miejscem tajnym. Za PRL nie zaznaczono go na żadnej mapie, w tym miejscu był tylko las. Chowano tu żołnierzy stacjonujących w Bornem i członków ich rodzin zmarłych podczas służby w bazie. Niektórych w bezimiennych grobach. Nie wiadomo dlaczego, może zginęli podczas ćwiczeń na poligonie lub próbowali dezerterować i stąd chęć tuszowania ich śmierci. Po 1970 roku chowano tu tylko dzieci pracowników tajnej bazy.



















Żołnierze radzieccy opuścili Borne w 1992 roku. Ostatnich zmarłych pochowano tutaj dopiero w 2007 roku, gdy likwidowano dwa cmentarze radzieckie w województwie i przeniesiono ekshumowane ciała na cmentarz z pepeszą.


Pepesza to zresztą kolejny dziwny nagrobek - szeregowca Iwana Paddubnego, pomnik przeniesiony z centrum miejscowości. Na forach można znaleźć niesamowitą historię śmierci tego Iwana. Otóż podobno poległ on w... 1946 roku. Czyli po wojnie. Podobno w walce między żołnierzami polskimi a radzieckimi (!). Osoba, która przytacza tę opowieść, pisze, że usłyszała ją od przewodnika po Bornem. Niedaleko nowo utworzonej bazy była wieś Krągi, w której mieszkali od niedawna Polacy, a nie Niemcy. Rosjanom się to mieszało - zwłaszcza po pijanemu. Według przytaczanej opowieści regularnie najeżdżali tę wioskę i ją grabili, a gdy któregoś dnia mieszkańcy poprosili o pomoc żołnierzy polskich z okolicznej jednostki, rozpętała się normalna bitwa, w której to poległ Iwan Paddubny. Dziwne, że w sytuacji, którą pewnie w tamtych czasach szybko zamieciono by pod dywan, powstał taki okazały pomnik. Może do śmierci szeregowca dopisano jakąś bajkę, a może tamto to wszystko nieprawda.


Gdy podjechałam pod Dom Oficera, stał tam autokar i właśnie wchodziła do niego cała wycieczka. W tej sytuacji mogłam swobodnie wchodzić do środka budynku. Zastałam tam już tylko rodzinę dobrych dresiarzy robiących sobie zdjęcia wśród murów.



Okrągłe korytarze, kolorowe graffiti, główna sala tuż za wejściem, przypominająca mi jakąś opuszczoną pijalnię wód. Kiedyś było tu kasyno, luksusowa restauracja, sala do tańca. Teraz nic z tego już nie zostało, wszystko w fatalnym stanie, zwłaszcza po pożarze, który wybuchł jesienią zeszłego roku. Obiekt jest w rękach prywatnych.








 



 Grochówka, pączuś, fasolka, rogalik:>





 Na piętrze jest tak:






 Na tyłach budynku - fajna rzeźba na szczycie ściany i zarośnięte schodki prowadzące do jeziora. Rzeźba to pozostałość po hitlerowcach, podobnie jak zdobienie na frontowej ścianie.







Na tym drugim jest nawet podobno zakamuflowana za głową postaci swastyka, która jakimś cudem przetrwała i rządy radzieckie, i aktualne.Na zdjęciu jej nie widać. Kto wie, może dopiero za naszych czasów coś się z nią stało:


Pozostałości Kłomina są w lesie niedaleko miejscowości Sypniewo. Jedzie się ulicą Dworcową i wypatruje drogowskazu lub kieruje z centrum miejscowości inną drogą w las - tę drugą opcję wskazali mi miejscowi. Trzeba się cierpliwie potelepać po wybojach, a po obu stronach drogi widać, jak kiedyś podzielono teren na równe kwadraty czy prostokąty. Między drzewa odchodzą równomiernie zarośnięte przecznice.

Kłomino to dawna siedziba radzieckich wojsk, tak jak Borne. Po 1992 roku nikt tu już nie mieszkał, od kilku lat budynki są stopniowo wyburzane.

Miało być opuszczone miasto, a dojechałam do zamieszkałego budynku. Jakaś rodzina coś tam robiła w ogródku. Spytałam, gdzie te opuszczone bloki i pokazali kierunek - to tuż obok. Wtedy z tamtej strony usłyszałam dwie potężne eksplozje. - Już dwóch tu dziś zabili - zażartował sobie pan mieszkaniec. - Chyba zaryzykuję - powiedziałam mu na to. Bloki zobaczyłam rzeczywiście po chwili jazdy. A także paru panów w moro i z jakimiś karabinami w oddali. Zaparkowałam w miejscu wyglądającym na aktualne centrum;>





Po prawej stronie - zgodnie z tym co wyczytałam przed wyjazdem w necie - remontowany budynek. Jakieś dwie kobiety wyszły stamtąd, wsiadły do auta i odjechały. Po lewej - opuszczone, wybebeszone bloki. Weszłam do pierwszego z nich i zaczęłam wchodzić możliwie wysoko, cały czas słysząc serie z karabinów, a potem jeszcze więcej silnych eksplozji. W tych rozwalonych blokach czułam się, jakbym teleportowała się na jakieś wojenne tereny. Nie mam pojęcia, o co chodziło, pewnie to były jakieś zabawy. Hm. A w środku budynków, do których weszłam, nie ma już nic. Dwa pozostałe są z kolei zamknięte i niedostępne bez dewastacji, więc odpuściłam.


















 

 Jak wspominałam, do Kłomina wdziera się znowu życie:



W tym samym dniu objechałam też Drawski Park Krajobrazowy, a nocowałam w malutkiej wsi Uraz. Tak tam było:







 





















 














Następnego dnia rano wybrałam się w stronę Połczyna Zdroju, po drodze zatrzymując się przy ścieżce przyrodniczej "Dolina pięciu jezior". Żeby tam trafić, trzeba zjechać na parking leśny po prawej stronie drogi z Czaplinka na Połczyn, na wysokości zakrętu na Czarnkowie. Okazało się, że to miejsce jest gdzieś pośrodku całej ścieżki. Trzeba przejść na drugą stronę ulicy i... jakoś sobie radzić;> Najpierw poszłam w lewo. Początek był banalny, potem trudno się domyślić, jak iść. Po dojściu do wsi Czarnkowie zawróciłam więc i poszłam od rozstaju dróg tym razem w prawo, w stronę Jeziora Długiego. Tam też przy większych zaroślach trudno się połapać na jednym rozgałęzieniu dróg, gdzie iść. Oznakowanie szlaku mogłoby być na pewno lepsze. Potem jadąc na Połczyn jeszcze parę razy skręcałam na leśne parkingi.



 









 Zanim ruszyłam w stronę zaplanowanych celów wiesiexowych, na chwilę wstąpiłam do parku zdrojowego w Połczynie Zdroju. Jest tam malutka pijalnia wód zwana Joasią, przed nią szachownica, a w środku pijalni zakamuflowane poza sezonem szachy giganty,








Na koniec pierwszego odcinka różne inne miejsca na Pojezierzu Drawskim i w Drawskim Parku Krajobrazowym:










c..d.n.

8 komentarzy:

  1. Jak zwykle świetna relacja. Szkoda, że Szanowna Koleżanka nie wybrała się na wyspę Bielawa na jeziorze Drawsko (niedaleko od Urazu), gdzie są dwa opuszczone siedliska - ewenement, bo to były - o ile dobrze pamiętam - jedyne gospodarstwa na wyspie jeziornej w Polsce. Jedno z nich było (może jest nadal?) na sprzedaż, drugie do niedawna otaczał niesamowity płot obwieszony durszlakami, wiatrakami, czajnikami i tym podobnym żelastwem. Wyjątkowe miejsce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. wow nie miałam pojęcia o tym. może jeszcze tam wrócę, na przykład przy okazji jechania do wielkopolski. rozumiem, że potrzeba łódki, żeby się tam dostać i trzeba się z kimś dogadać w tej sprawie?

      Usuń
    2. Napisałem o tym parę słów na maila.

      Usuń
  2. Koleżanka ma jedyne,niepowtarzalne miejsca i relacje. Naprawde gratuluje !! Masz swój styl i niebanalne miejsca. pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. Wow! ❤ Marzenie - skończyć studia, odbyć aplikację, mieć dobrą pracę, wspaniały ślub, piękne urządzić mieszkanie, wychować dziecko, a potem, na spokojne lata, stać się właścicielem zamku / pałacyku / dworku. Cudowne byłoby życie! ❤

    OdpowiedzUsuń
  4. Witam, czy może Pani powiedzieć gdzie znajduje się Dwór z malowanym sufitem??

    OdpowiedzUsuń
  5. Szkoda że nie ma podanych lokalizacji tych miejsc, sam bym chętnie je zobaczył.

    OdpowiedzUsuń
  6. Strzały było słychać dlatego że 3 kilometry od kłomina jest poligon wojskowy

    OdpowiedzUsuń