czwartek, 25 lipca 2013

Nawiedzone domy w Warszawie

Zebrałam tu domy z kilku wycieczek. W dwóch pierwszych (Szeligowska i Morskie Oko) byłam w ciągu ostatnich dwóch miesięcy, historię pozostałych starałam się poznawać w 2009 roku. Z wszystkimi wiąże się legenda o nawiedzeniu. Oto pierwszy i chyba najciekawszy z nich:

"Nawiedzony dom" przy ulicy Szeligowskiej 32. W styczniu nagle spłonął. Na szczęście nie doszczętnie, mury są nieźle zachowane, czego niestety nie można powiedzieć o wnętrzu. Za czasów PRL mieszkali tam zamożni ludzie, małżeństwo Szczecińskich z dwójką dzieci, 9-letnim Erykiem i 13-letnią Patrycją. Wiosną 1986 roku wracali z wesela. Podobno mąż nasłuchał się tam, że żona Aldona go zdradza. Po pijanemu zastrzelił najpierw ją, a potem dzieci, na końcu siebie.

*Dopisek z 2014: Przypadkiem poznałam osobę w pewien rodzinny sposób powiązaną z tą historią. Wyraziła zgodę na anonimowe opisanie jej relacji. Podobno inna wersja wydarzeń jest może i równie prawdopodobna. Według tej wersji do domu weszli włamywacze i to oni wszystkich zabili. Osoba ta potwierdza, że matka i dzieci pochowane są w Starych Babicach, a ojciec gdzie indziej (wydaje mi się, że w Warszawie, bodajże na Woli) . Jej inne uwagi: *jedna z legend o domu głosiła, że ściany były długo wymazane krwią * gdy policjanci weszli na miejsce zbrodni, podobno wszystko było nasączone benzyną. Tak, jakby włamywacze zamierzali wszystko podpalić, ale coś im nie wyszło i uciekli * ojciec podejrzany o zbrodnię był myśliwym i miał w domu pełno broni * rodzina wracała nie z wesela, a z imienin, a ojciec faktycznie był zazdrosny * gdy ta osoba próbowała odwiedzić to miejsce, kilkakrotnie cofała się, "wyczuwając złą energię promieniującą od tego miejsca".



Akurat na temat tego miejsca można znaleźć w necie dużo. Były tam pewnie setki, jeśli nie tysiące poszukiwaczy przygód. Relacje są różne i pochodzą z czasów, gdy dom był jeszcze cały, a wyposażenie w środku zachowane. Stały motyw to widmowy telewizor pojawiający się w oknie, dzieci w niedzisiejszych ubrankach bawiące się po nocy w ogródku lub duch starej kobiety (według jednej z wersji świadkiem zbrodni była babcia i jako jedyna przeżyła). Pojawia się też motyw wkurzonego pana z drągiem, który gonił zakradających się pod dom ciekawskich - ponoć pomieszkiwali tam jacyś spadkobiercy. W necie można znaleźć ciekawe zdjęcia z czasów świetności dworku. Poza fotelem ze zdjęcia w "Bemowo News" (nie wiadomo, czy to jakiś nowszy, czy ten, za którym znaleziono ciała dzieci), jest jeszcze forum "Upiorni Bracia" i udana fotorelacja autorstwa niejakiej Karolajny.




Ja pojechałam tam dopiero jakiś miesiąc temu. Dojazd jest prosty - gdy jedzie się od Lazurowej, dom będzie po prawej stronie. Można pod niego podjechać alejką z kocich łbów. Praktyczne okoliczności zwiedzania idealne jak na opuszczone miejsce. Zarazem blisko cywilizacji i daleko od najbliższych sąsiadów, bo dom stoi jakby pośrodku pola i nie ma nikogo, kto by się nadmiernie interesował zza płotu, ale i jest gdzie uciekać, jakby co :). Samochodem można przejechać przez resztki bramy i wygodnie zaparkować, a potem zawrócić za budynkiem. I od frontu, i od tyłu można podchodzić bez kłopotu, nawet chaszcze nie są duże w porównaniu z innymi ruinami. Dworek wygląda pięknie i strasznie. W środku wszystko wypalone.















Gdy teraz chodzę po takich miejscach, nie myślę o tym, żeby bać się duchów, to jednak za duża abstrakcja wobec żuli, psów, zawalających się dachów i tego, gdzie zostawić samochód. Tym bardziej nie wiedziałam, co mam myśleć o tym, że gdy fotografowałam wnętrze piwnicy przez wybite okienko z boku domu, usłyszałam, jak ktoś ewidentnie chodzi parę metrów ode mnie po tym placyku, gdzie zaparkowałam. Powolne, ciężkie kroki i szuranie po tych gruzach, jakby jakiś spacerujący stary dziadek. Byłam pewna, że to jakiś żul lub wkurzony sąsiad. Wyskoczyłam za ten dom, bieg trwał może pięć sekund, a tam nagle kroki ustają i nikogo nie ma. Dom stoi jak wspominałam na środku pola. Zebrałam swoją niewielką odwagę i jeszcze raz obeszłam dostępne pomieszczenia. Nie wiem, co to mogło być. Wklejam miejsce, gdzie słyszałam, jak coś łaziło i w razie gdyby ktoś wierzył w duchy lub teleportujących się żuli, lojalnie ostrzegam:



Jedyne zdjęcie, które wyszło zamazane, to to z piwnicy:



 Teraz co ciekawsze posty z forów na temat Szeligowskiej. Może fejki, ale i tak fajne.

"Jestem lekarzem i bardzo zainteresowała mnie sprawa tego domu. (...) Pojechałem tam z żoną po pracy około 20. Było już ciemno, obeszliśmy dom dookoła, bo wszystko pozamykane na kłodkę i nic... żadnego kontaktu..jedynie biura ochrony. Zaczęliśmy się zbierać do samochodu i wszystko byłoby ok gdyby nie to, że w samochodzie mój synek zaczął rozmawiac z rzekomą niewidzialną dziewczynką ... najlepsze jest to, że on nawet nie znał tej historii ... jest za mały... mówił mi, że Patrycja chce jechac z nami samochodem do nas do domu :( Mowil tak całą podróż na Ursynów i przestał w domu ... czy ktos wie jak nazywały sie te dziewczynki ??!!! Przyznam, ze sytuacja mnie przeraziła... to nigdy sie nie zdarzało"

"Byłem jednym z trzech murarzy, którzy murowali otwory okienne bloczkami. Tylko raz zostaliśmy tam pracować po zachodzie słońca i to wystarczyło, żeby wszystkie pozostałem prace odbywały się przy świetle dziennym. Jakieś dziwne dzięki (jęki, płacz dziecka) cały czas miałem wrażenie, że albo czuje na karku jakiś gorący oddech, albo lodowaty chłód, jak chciałem zawołać kolegów to czułem jakby mi coś klatkę piersiową ściskało. Nigdy tego nie zapomnę."

Willa Chowańczaka, ul. Morskie Oko. Stoi tam słynny "nawiedzony dom w centrum Warszawy" z 1928 roku. Okolica już bardziej cywilizowana być nie może, zaparkować można wzdłuż Puławskiej i dom jest dosłownie parę kroków od ulicy w parku. To przedwojenna willa bogatego kuśnierza Andrzeja Chowańczaka (186-1949). Dziś jacyś jego potomkowie żyją ponoć w Buenos Aires. Legenda głosi, że w tym miejscu straszy duch niejakiej Hanki, która zginęła w czasach Powstania Warszawskiego. Miała zbierać kwiatki w ogródku dla ukochanego no i wtedy dosięgnęła jej kula. Od tamtej pory cały czas jest w willi i straszy głównie na balkonie. W necie można znaleźć filmy na ten temat, m.in. znaną zainteresowanym tematem wypowiedź dziewczyny, która rzekomo przeżyła tam coś niewyjaśnionego. Mianowicie wraz z koleżankami zobaczyła na balonie białą, zwiewną postać, a po chwili jedna z tych koleżanek stała ni w pięć, ni w dziesięć na tym balkonie. Szczegóły bez kłopotu da się znaleźć w necie. Ja pojechałam tam dopiero jakiś miesiąc temu. Wcześniej dom niszczał przez długie lata, dziś jest ogrodzony i trwa tam remont. Środek to teraz jednak surowe ściany i rusztowania. Z informacji od okolicznych ludzi można wywnioskować, że remont to kaprys żony jakiegoś milionera lub działalność towarzystwa zajmującego się muzyką. Z internetowych poszukiwań wynika z kolei, że willa należy teraz do firmy przedsiębiorcy z Konstancina. Ponoć inwestor w przyszłości chce tam zamieszkać.










Teraz część archiwalna. Cztery lata temu zrobiłam sobie jeszcze wtedy autobusową miniwycieczkę po kilku warszawskich "nawiedzonych miejscach". Jednym z nich była kamienica przy Placu Inwalidów, konkretnie Mickiewicza 20. Informację o tym znalazłam w jakimś wątku na tzw Gronie. Brzmiało to mniej więcej tak: "wiecznie zamknięty sklep, bo straszy". Chodziło o narożne mieszkanie na parterze. Szukałam teraz jakiejkolwiek wzmianki o tym i nie ma już kompletnie nic. Internetowo legenda najwyraźniej zniknęła. Dawno tam nie byłam, ale w necie znalazłam, że w "nawiedzonym mieszkaniu" od roku działa knajpa. Chciałabym zamieścić jakieś zdjęcie z tamtej wycieczki, ale nie mogę. Dlaczego? Nie mam pojęcia. Miałam wtedy inny cyfrowy aparat. I oto, co się z nim stało. Najpierw poszłam do sklepu po drugiej stronie ulicy, potem popytałam okolicznych mieszkańców, o co chodzi z tym mieszkaniem. Fotografowalam ich i brałam od nich numery telefonów, bo myślałam, że być może przyda mi się to do pracy. Parę minut wcześniej robiłam inne zdjęcia. Okazało się, że w momencie, w którym zrobiłam pierwsze zdjęcie do "tematu", czyli w tym przypadku pierwszego "świadka", aparat się niestety zepsuł. To znaczy wyszło na nim to, co poniżej.



Gdy weszłam na klatkę schodową i stanęłam pod drzwiami tego mieszkania, próbując dzwonić, też niestety wszystko wychodziło rozmazane na kolorowo. Sąsiedzi mówili, że podobno mieszka tam jakaś bardzo stara kobieta, a w mieszkaniu nie zmieniło się absolutnie nic od czasów Powstania Warszawskiego. Miała otwierać tylko komuś z opieki społecznej i za żadne pieniądze nie chcieć sprzedać tego mieszkania. Mi też nie otworzyła. Gdy wyszłam z tej kamienicy, na przystanku spróbowałam jeszcze raz zrobić jakiekolwiek zdjęcie, wkurzona, że aparat się zepsuł na początku wyprawy. Od razu się naprawił i wszystkie pozostałe zdjęcia wychodziły normalnie. Ale sądząc po zdjęciach z tej knajpy, widocznie duch już odpuścił przynajmniej aparatom :)

Kolejnym przystankiem dawnej miniwycieczki była kamienica przy ul. Wilczej 2/4. Legenda głosi, że narożne mieszkanie na pierwszym piętrze jest nawiedzone.





Podobno chodzi o wydarzenia z 1915 roku, kiedy to służący zabił swoją bogatą panią. W innej wersji zabitym był równie bogaty bankier. Każdy kolejny lokator miał uciekać i ludzie robili zakłady, kto wytrzyma tam jedną noc i ktoś nie przeżył tego, co tam zobaczył. Pojawia się też opowieść o jakichś żołnierzach, którzy też się założyli i w nocy zobaczyli krew rozlewającą się po podłodze i usłyszeli śmiech kobiety. Ponieważ sprawa znów dotyczyła mieszkania w normalnej kamienicy, pozostawało dostanie się na klatkę, a potem bezskuteczne dzwonienie. No i sąsiedzi. Jeden z nich (zapozował nawet do zdjęcia jak poprzedni świadkowie z pl. Inwalidów) powiedział, że on z kolei słyszał, jak to podczas procesji na Boże Ciało kwiaty na ołtarzach rozstawianych przy tej kamienicy od razu więdły. I żebym poszła dowiadywać się więcej do pewnej pobliskiej knajpy. Ten ostatni trop zdaje się potwierdzać artykuł Andrzeja Łapickiego (!). Jego fragmenty można znaleźć w necie. Pisał tam, chyba nawet całkiem serio, że osobiście zaciekawiony historią poprosił jakiegoś dozorcę o pokazanie mieszkania i gdy tam wszedł, ujrzał na podłodze trupa we fraku. Dozorca nie był zdziwiony, gdy mu o tym powiedział. Kiedy wrócili tam razem, podłoga była pusta.

Potem pojechałam do Konstancina, gdzie przy ul. Niecałej jest dawna komenda policji. Tu także nie dało się nijak wejść do środka, ale znowu wynagrodzili to okoliczni mieszkańcy, którzy chętnie rozmawiali. Jedna rodzina ze starej, pięknej willi na tej samej ulicy zaprosiła mnie nawet do domu na pogawędkę o duchach. Nie słyszeli legendy o tej komendzie, ale pamiętają dawnych lokatorów, którzy całą rodziną uciekali stamtąd przed laty w nocy w piżamach i nikt nie wiedział, dlaczego tak się stało.



Jedna z sąsiadek zainteresowała się sprawą i ruszyłyśmy dalej razem. Próbowałyśmy nawet odwiedzić mieszkającego nieopodal Urbana, który mógłby coś wiedzieć, ale oczywiście portier nas spławił :) Potem zaprowadziła mnie do mieszkającego w pobliżu znawcy Konstancina Józefa Hertla. On powiedział, że dom dawnej należał do rodziny Kuratowskich. Po wojnie była tam katownia UB. Wszystkie relacje mówią o tym, że domniemanym duchem komendy jest pokutująca dusza jednego z tych katów. Historię o niej powtarzają serwisy o zjawiskach niewyjaśnionych, cytując emerytowanego policjanta. Wspominał on, jak podczas nocnych dyżurów na Niecałej z pierwszego, nieużywanego już wtedy piętra było słychać kroki człowieka w ciężkich butach, a kilkanaście lat temu kroki doszły aż do dyżurki na parterze, po czym drzwi się otworzyły i przerażony policjant, czekający tam z odbezpieczoną bronią, nie zobaczył nikogo (na korytarzu też, a kroki ustały), lub też (druga wersja) zobaczył postać w nieznanym mu mundurze, która po chwili zniknęła. Na tym miejscu moja wycieczka po Konstancinie zakończyła się. Zadzwonił redaktor i powiedział, żebym zamiast duchami lepiej zajęła się yeti podglądającym dziewczyny w Tatrach :>

2 komentarze: