niedziela, 25 września 2016

Opuszczone miejsca i przyroda Lubelszczyzny, część 1

W pierwszej połowie września pojechałam w jedną z moich najdłuższych póki co tras, tym razem po województwie lubelskim i przy okazji kawałku północnej części Podkarpacia. Zwiedzałam tereny od rejonów Łukowa przez Janów Podlaski i pogranicze z Mazowszem, potem pojechałam na południe do okolic Hrubieszowa i Dołhobyczowa. Chodziłam po Poleskim Parku Narodowym i dość długo po Roztoczu. Odwiedziłam kilka opuszczonych cerkwi - dwie na Lubelszczyźnie i kilka na północy Podkarpacia. Na koniec pojechałam do Lasów Janowskich. Wszystko to będę pokazywać w sporej zapewne ilości odcinków.



 

 

Za pomoc dziękuję Piotrowi Durakowi, niewątpliwemu specjaliście od opuszczonych cerkwi, którego uwagi pomogły mi logistycznie i co najważniejsze, zmotywowały do ruszenia przy tej okazji także na północne Podkarpacie, gdzie wciąż czekało na mnie parę nie zrobionych cerkwi. Oczywiście również pokażę je na blogu. Dziękuję też Mariuszowi Czeżykowi za namiar na pewien bardzo ciekawy domek. No i oczywiście wszystkim strażnikom kluczy, właścicielom agroturystyk, ludziom pokazującym drogę i tak dalej.

Opuszczona cerkiew na końcu świata była jednym z większych trasowych wyzwań. Może ktoś, kto śledzi tego bloga, pamięta relację z Bieszczadów, gdzie trzeba było iść na piechotę do wsi w górach, w której mieszkał tylko jeden hodowca dzików i strażnik cerkwi w jednym, z półdzikimi dzikami chrumkającymi przy szlaku i największym knurem Polski? Tu była nieco podobna sytuacja, tylko jak się okazało, trudniejsza. Najpierw trzeba było dojechać do wsi będącej bazą wypadową;> To blisko granicy z Ukrainą. Dawny PGR znajduje się na końcu wszelkiego asfaltu. Dalej rozpościera się już tylko jedna wielka błotnista przestrzeń przetykana nielicznymi domkami, traktorami - i opuszczonymi cerkwiami;> Wjeżdżając do tej malutkiej wsi, typowego dawnego PGR, chociaż wciąż z wyraźnymi śladami dawnego wiejskiego życia z kapliczkami i cmentarzykami, niespodziewanie minęłam się z pięknym, wiśniowym, bardzo zadbanym Dużym Fiatem. Skąd on się tam wziął? Dziadek za kierownicą uśmiechnął się i skinął głową na moje entuzjastyczne pozdrowienia. Dalej były już same traktory. Zaparkowałam pod zamkniętą, ale używaną teraz jako kościół filialny starą cerkwią. Trzeba było to zrobić, zostawić autko w tym miejscu, żeby na piechotę dojść do Cerkwi na końcu świata.


- Jeszcze wczoraj może by pani dojechała do ostatniego gospodarstwa, ale pada trzeci dzień - powiedział starszy pan, który nadszedł z pola. - Samochód się pani zapadnie, niech pani nie jedzie. Ja swój wcześniej zostawiłem pod tamtym domem a teraz muszę wracać na nogach, bo już nie przejadę z powrotem - mówił dziadek. No tak, to było do przewidzenia. Choć podczas prawie całej trasy pogoda była idealna, to akurat poprzedniego dnia lało jak z cebra, a tutaj podobno dopiero co przestało po paru dobach ulewy. Miałam tam jednak dwie rzeczy do załatwienia. Cerkiew na końcu świata na początek, potem dojście do kaplicy grobowej, gdzie z kolei nie prowadzi żadna droga. Pomyślałam sobie, ze najpierw cerkiew, bo tam przecież dojdę drogą, a przy kaplicy buty mogą zacząć przemakać. Heh, dobre sobie. No więc naprzód, czy coś jest za tą wsią?


Gdy wychodziłam z tej wsi, minęłam teren jakiegoś zakładu rolniczego. Zaciekawiłam grupę młodzieży stojącą akurat przed bramą. Niedobrze. Gdy jestem już na odludziu, widzę, że jadą w moją stronę traktorem. Hmm. Przejeżdżają obok mnie, a potem słyszę, jak z tamtej strony znów jedzie traktor. Chowam się w razie czego w kukurydzy, przeczekuję po cichu z dala od drogi. Dalej trzeba iść po otwartej przestrzeni. Gdy wyszłam, nic i nikogo nie było.



Na mapie Google wszystko wyglądało prosto. Idę tą nieprzejezdną niestety dla zwykłego autka drogą i dochodzę do kolejnej wsi, praktycznie opuszczonej, pod samą już ukraińską granicą, a tam będzie opuszczona cerkiew. Jedyne trzy kilometry brodzenia w błocie. Niestety w praktyce okazało się, ze są jeszcze różne rolnicze odnogi. Gdzie więc iść? Niesłusznie skręciłam w lewo, zamiast iść prosto. Ale tam wszystko wyglądało tak samo.




Widzę, że jednak chyba zbyt odbiłam na północ. Droga opada w dół, ślizgam się po błocie z górki. Widzę na polu kilka osób, brodzę w ich stronę. Z bliska widzę, że to parę kobiet. - Dzień dobry! - krzyczę i pytam, jak dojść do tej przygranicznej wsi. To Ukrainki. - Buraki, buraki! - wołają. - Tam kapusta, tam mokro! - Wszystko jasne. Ale w końcu udaje nam się dojść do porozumienia. Oczywiście poszłam źle, muszę wrócić do góry, potem iść w lewo. Idę tam. Faktycznie, widzę pole buraków. Nieźle nadrobiłam drogi. W rezultacie idę po błocku siedem kilometrów do tej cerkwi. Buty nie przemokły do reszty, ale są oblepione ze wszystkich stron warstwą gliny.





No i nareszcie widzę ją! Wynurza się z zarośli w dolince, obok parę gospodarstw opuszczonych i nie opuszczonych. Podobno tylko jedna osoba mieszka tu w sezonie letnio-jesiennym na stałe, a zimą nie ma nikogo.



Przed wojną w tej wsi było kilkadziesiąt gospodarstw. Według przewodnika "Polska egzotyczna" większość z nich została zniszczona podczas wysiedleń Ukraińców w latach 1945-47. Tutejsza cerkiew grekokatolicka  powstała w 1910 roku. Granica z Ukrainą jest zaledwie 200 metrów dalej.



 Schodzę w dół, pobliskie puszczone gospodarstwo jest jednak zamknięte. Obok porzucona maszyna rolnicza.



Gdy podeszłam do samej cerkwi, zobaczyłam drzwi zamknięte na kłódkę. Nie muszę mówić, jak się czułam, szybko otwierając furtkę zamkniętą na drut i biegnąc wokół obiektu i jaką ulgę poczułam, widząc o wiele bardziej sympatyczny widok z tyłu!


No i wchodzę przez tył elegancko do środka, przez próg. A tam zielone boczne ołtarzyki, święte obrazy, chór. Jak to smakuje po tym spacerze :>



















Wchodzę na chór po drewnianych schodkach, a tam nagle tuż pod moim nosem otwarta trumna:>


Ostrożnie zaglądam do środka. Jest tam kto? Jest jakaś... gałąź? A może mała spróchniała kość. Poza tym nic, więc odkładam to coś do środka i schodzę. Pora zająć się cerkiewnym cmentarzem. To był jeden z bardzo wielu cmentarzy znalezionych przeze mnie na Lubelszczyźnie. Są całkiem inne niż te ewangelickie, odwiedzane przeze mnie często na Mazowszu, w Wielkopolsce czy na Pomorzu. Krzyże są kamienne, często typu bruśnieńskiego, mają kilka charakterystycznych, powtarzających się odmian, tak jak nagrobki ewangelickie. Postacie Jezusa i Maryi są wykonane przez ludowych kamieniarzy, prosto, często jakby umownie, a pokruszone, połamane, stają się często jeszcze ciekawsze przy robieniu im zdjęć. Warto podchodzić do każdego grobu z osobna, bo każdy Jezusek na krzyżu jest inaczej omszały, inaczej ułamany i wykonany.



Jednym z typów nagrobków jest nagrobek ze stojącą figurą kobiety - Maryi, jakiejś świętej, a może czasem chodzi o anioła? Niektóre z tych figur leżą na ziemi, część ma ułamane głowy.



Tu właśnie figura z ułamaną głową:





Typowy mały krzyżyk z wyrzeźbionym Jezusem:








Krzyż z Jezusem, a pod spodem dwie małe postaci kobiece - często spotykany typ nagrobka w tym regionie:








Jest dużo starych grobów, ale ostatni pochówek najwyraźniej miał tu miejsce jeszcze w 2002 roku:








Odchodzę od cerkwi, pora wracać do wsi, gdzie czeka autko. Brodzę w błocku z powrotem, już właściwą, krótszą drogą.



Autko na szczęście stało na swoim miejscu przy cerkwi. Tam też jest cmentarz, mniejszy niż ten pod granicą:

















Od cerkwi i cmentarza ruszyłam jeszcze do kaplicy grobowej, gdzie nie prowadzi żadna droga, ale to już okazało się prostsze. Przede wszystkim było znacznie bliżej. Pokażę w kolejnym odcinku.




A teraz inne rejony Lubelszczyzny, czyli Poleski Park Narodowy. Spędziłam tam parę dni, chodząc po szlakach, jeżdżąc po opuszczonych cmentarzach i chatkach. Nawiasem mówiąc, tuż przed wyjazdem wypożyczyłam z biblioteki album "Polesie" ze zdjęciami i tekstem Krzysztofa Hejke. Okazało się, że książka pokazuje Polesie poza granicami dzisiejszej Polski, ale i tak warto przeczytać i narobić sobie smaku. To dzika kraina, gdzie do wielu wsi do dziś można tylko dopłynąć łódką, pełna opuszczonych domów. Póki co zwiedziłam polski Poleski Park Narodowy. Tak jak ostatnio niemal zawsze robię, wyszukałam sobie agroturystykę w możliwie ładnym i nadającym się do bardzo porannych zdjęć miejscu. To dobra metoda - między piątą a szóstą trzeba tylko zwlec się z łóżka i po chwili jest się w miejscu, gdzie już jest co robić. Nie traci się światła na długie dojazdy. Tym razem pojechałam do Woli Wereszczyńskiej do agroturystyki Podołże, która naprawdę jest na końcu świata, a jednak działa tam wi-fi i w ogóle jest bardzo miło i odludnie.


Trzeba było dojechać gruntową drogą od szosy przez las, mijając pola, krzyże i nieliczne domy.




 Sprawdziłam opuszczony domek, już bardzo zniszczony:


 Żeby zrobić o zdjęcie, nie musiałam przez nic wchodzić. Kuchnia była widoczna jak w domku dla lalek - po prostu brakowało ściany. A właściwie jej resztka sterczała przede mną i żeby zrobić lepsze zdjęcie, musiałam przejść przez jej kawałek.



 Drugi pokój - tylko z oddali, bo wszystko wisi nad głową:



 Tak było wieczorem, kiedy dojeżdżałam na miejsce:




Poczciwy i spokojny pies Marcelina z agroturystyki:





Tuż obok jest Jezioro Długie. Gospodarz agroturystyki wyjaśnił mi, jak spod domu dojść tam ścieżką-skrótem. Poszłam następnego dnia przed świtem. W lesie jeszcze było ciemnawo, jakieś zwierzęta czmychały przede mną. Doszłam wśród komarów i zarośli do jeziora, ale nad samą wodę się nie dało, bo tak grząsko. Od drugiej strony po jakichś deseczkach ze starego pomostu podpełzłam bliżej.










Druga ścieżka do jeziora:







 Oczywiście zrobiłam sobie strzałkę z gałęzi, pokazującą wejście na ścieżynkę z szerszej leśnej przecinki, ale gdy wracałam, przegapiłam znak i o dziwo pobłądziłam na tym niewielkim przecież odcinku drogi. Na szczęście wróciłam w to samo miejsce i strzałka się znalazła.




Gospodarz agroturystyki powiedział, że będziemy przenosić żółwie. Nie wiedziałam, o co chodzi. Następnego dnia faktycznie był sygnał od leśników, że można zaczynać. Poszliśmy z kubełkiem na podwórko, dosłownie na trawnik przed domem. Zaczęło się kopanie w miejscu, gdzie żona gospodarza agroturystyki widziała, jak żółwica błotna - bo w PPN żółwie błotne żyją sobie na wolności i nawet są namalowane na drogowskazach ścieżek dydaktycznych - złożyła jaja. Czemu je wykopujemy? Nie powinny tam zostać? Podobno właśnie nie, bo noce zrobiły się chłodne i żółwiki nie przeżyją. Trzeba je wynieść do ciepła. Pod ziemią faktycznie są małe jajka, część pustych, potłuczonych, ale niektóre całe, a z jednego wychodzi mały, umorusany piaskiem żółwik, rusza główką i łapkami.


Wkładamy wszystko do kubełka, liczymy, przenosimy do domu, żeby było ciepło. Żółwie niedługo trafią do inkubatora i potem na wolność.


Następnego dnia wstąpiłam do ośrodka edukacji przyrodniczej w Starym Załuczu, gdzie zrobiono króciutką ścieżkę przyrodniczą "Żółwik", prowadzącą wokół stawu z żółwiami. Oto i one:






Blisko stawu jest ośrodek rehabilitacji dla bocianów:


Obok jest małe muzeum maszyn rolniczych, a w nim wiesiexowa ciekawostka. Najwyraźniej przeniesiono tutaj część opuszczonej chaty, chyba dawnej kuźni czy czegoś w tym rodzaju, zostawiając napisy wandali na deskach. Jak się okazało, jest nawet drewniana skrzynia z napisem "Zosia":


Na tym koniec żółwiowej dygresji. Po "przenoszeniu żółwi" pojechałam kawałek dalej do malutkiej wsi Lipniak na ścieżkę dydaktyczną "Obóz Partyzancki", w sam raz na sam koniec dnia. Jest mały parking, są tablice. O co chodzi z obozem partyzanckim? W tym miejscu podczas Powstania Styczniowego toczyły się walki partyzantów z wojskami carskimi. W pobliskim lesie partyzanci mieli swój obóz i mieszkało w nim nawet do tysiąca powstańców naraz. Podobno niektórzy mieszkańcy nie lubią turystów z aparatami, rzeczywiście wiszą tabliczki "zakaz fotografowania". No ale ja poszlam dalej. Ścieżka jest krótka, kilka kilometrów. Łąki przy wieży widokowej nazywają się Pociągi. Komarów było tyle, że mimo ciepła musiałam założyć kurtkę z kapturem i oganiać się gałęzią cały czas.






Według tablic informacyjnych ten dąb powyżej podczas powstania zabił kozaka pędzącego za powstańcami na koniu. Jedna z gałęzi wisiała nisko, kozak jej nie zauważył i rozbił sobie o nią głowę.






W tym miejscu podczas badań archeologicznych odkryto zbiorową mogiłę powstańczą i pozostałości po wałach wokół obozu powstańczego. Naprzeciwko jest wieża widokowa, z niej można podziwiać łąki Pociągi.














c.d.n.

4 komentarze:

  1. Świetne zdjęcia! Zapatrzyłam się, zwłaszcza na zdjęcia znad jeziora :) Są magiczne i widać na nich tajemniczy, słowiański klimat :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jej, przepadlam...uzaleznilam sie w ciagu kilku godzin od tego cudownego bloga. Trafilam do Pani z FB(przez Piotra Duraka)...dzisiaj rano!!! Bede czytac i podziwiac zdjecia do pierwszych postow. Szczegolnie bliska jest mi Wielkopolska i moze jesli Pani jeszcze kiedys odwiedzi ten region, trafi do Milostowa(Gmina Kwilcz) - tam w starej poniemieckiej wiosce znajduje sie maly, zapomniany cmentarz ewangelicki. Mysle, ze jest dostepny, choc lezy w szczerym polu...- ja pamietam go z lat 80-tych. Do polowy lat 80-tych mieszkalismy w dawnej pastorowce na tylach kosciola, ktory jest obecnie k. katolickim-filia parafii kwileckiej. Od 1985 w Poznaniu na Piatkowie (okolice Moraska), a od 15 lat mieszkam niedaleko Kolonii♥ Bardzo cieplo pozdrawiam z dalekiego Burscheidu. Anna kostka

    OdpowiedzUsuń
  3. Gdybym był bogaty ufundowałbym Pani terenówkę. Za te podróże które dzięki Pani tu odbywam. Spokojnie, nie zanosi się :-)

    OdpowiedzUsuń