wtorek, 24 lutego 2015

Opuszczone miejsca w Puszczy Kampinoskiej i nie tylko, część 30

Dom kampinoskiego obieżyświata z różowym pistoletem i dinozaurami, chatka Jana Andrzeja Morsztyna oraz dęby giganty:




 


Dom Turysty zwiedziłam podczas tej samej objazdówki, co Dom Pudla, pisałam o tym w tym odcinku. Gospodarstwo stało tuż przy drodze i od razu było jasne, że jest porzucone.




Szybko okazało się, że miejsce jest nietypowe. W murowanym głównym budynku nie było śladu po świętych obrazach, makatkach i figurach Matki Boskiej. Były zabawki, gazety i foldery turystyczne z całego świata. Na gołej ścianie - zdjęcie dziecka. Czemu ktoś tego nie zabrał? Strasznie jestem ciekawa, czemu gospodarstwo zostało opuszczone, kim byli ci ludzie. Gdy wchodzi się do głównego budynku przez miejsce po drzwiach, najpierw widzi się sprzęt AGD:


Weszłam do pierwszego pokoju, ze zdjęciem dziecka i wesołymi podstawkami na jajka na miękko.




Dom był generalnie posprzątany, to znaczy brakowało mebli czy warstwy szmat na podłodze. Ale te pozostałości... W kolejnym pokoju - pełno folderów turystycznych. Wiedeń, Costa Brava, Hamburg, Lago di Como, gdzie Berlusconi ma willę. A to wszystko na końcu świata, na obrzeżach Puszczy Kampinoskiej. Wokół zabawki, figurki, różowy pistolet, telefoniczny Pokemon.




















Następny pokój i szopa, kolejne skarby. Niebieski nosorożec na sprężynce, notes z dziecięcą twórczością, kolorowanki lotnicze.












Dom Morsztyna znalazłam jeszcze w listopadzie zupełnie gdzie indziej. Też jest nietypowy - spory, murowany, najwyraźniej nigdy nie ukończony. Stoi na opuszczonej, zarośniętej działce. Wszystko wskazuje na to, że pomieszkuje tam jakiś schludny bezdomny, wielbiciel poezji:>




 Uciechy miłosne nad pasztetem mazowieckim...





Mały szary dom znalazłam w miejscu, w którym byłam już naprawdę mnóstwo razy. Stoi przy ruchliwej drodze przez środek puszczy. Zawsze zostawiałam sobie jego sprawdzenie na później, bo taki był niepozorny, tymczasem w środku niby nigdy nic wisiały wciąż święte obrazy:


 





W połowie lutego wybrałam się na wycieczkę do Obszaru Ochrony Ścisłej Karpaty, gdzie byłam już parę razy. Tym razem wróciłam na parking w Roztoce nie zielonym szlakiem, a Lesznowską Drogą. Oto trasa: Roztoka parking-czerwonym szlakiem do Posady Łubiec i przez OOŚ Karpaty-kawałeczek niebieskim na bagno w stronę Grabiny i z powrotem-Zamczysko-dalej czerwonym do Lesznowskiej Drogi-Posada Łubiec-leśnymi skrótami z powrotem do parkingu w Roztoce. W sumie około 17 km.

Mimo słonecznego dnia i nie jakiejś strasznie wczesnej pory, po drodze do Zamczyska nie spotkałam nikogo. Wszyscy, których tam nie było, wiele stracili;> Tak wyglądała droga od Roztoki do Posady Łubiec, obok tak zwanej Miłosnej Górki.























 Z Posady Łubiec, gdzie przy szlaku jest ławka i żołnierska mogiła, dochodzi się czerwonym szlakiem do skraju Karpat. Za zakrętem w las, na drodze prowadzącej już bezpośrednio do rezerwatu, idzie się grzbietem górki. Po lewej w dole widać bagna położone na północ od Grabiny.

















Zaczynają się Karpaty. Jeszcze przed dębami szlak zakręca w lewo i schodzi się nad bagna, wcześniej widoczne po lewej. Jest tam żeremie bobrów, ale żadnego bobra nigdy tam nie widziałam.









Naprawdę warto zerknąć na odnogę prowadzącą do Grabiny - to szlak niebieski. O tym, co jest na końcu tej odnogi, pisałam TU. Tym razem przeszłam tylko kawałek groblą, żeby porobić zdjęcia zamarzniętym bagnom. Dróżka o tej porze była skrajnie śliska, sam lód, bez raków na butach dojście do Grabiny zajęłoby pełno czasu. Żadnych raków nie miałam, wiec przeszłam tylko jakieś sto metrów, a i to nie było o tej porze łatwe. Kiedyś na tej grobli widziałam z oddali łosia, tym razem obyło się bez zwierzyny.








Gdy wejdzie się z powrotem na leśną ścieżkę i szlak czerwony, po jakimś czasie pojawia się najlepsza atrakcja OOŚ Karpaty, czyli dęby giganty. Są głównie po lewej stronie drogi, gdy idzie się w stronę Zamczyska. Latem dęby są praktycznie całkiem zasłonięte przez liście, więc koniecznie trzeba tam iść w porze bez krzaczorów! Podchodziłam do drzew i starałam się jakoś w miarę swoich możliwości pokazać, jakie są duże, ale bez stojącego pod nimi człowieka nie jest to do końca możliwe. Jak pisałam, od Roztoki nie spotkałam nikogo.
















W Zamczysku parę miesięcy temu zlikwidowali drewniane schody prowadzące na górę grodziska, poza tym wszystko po staremu:>






Usiadłam sobie pod dębem na górze, aż tu nagle coś zaczęło w tej głuszy nadjeżdżać. Zobaczyłam czerwony minipojazd na gąsienicach! Najwyraźniej nadjechał z okolicznej szkoły pożarniczej. - To autobus - powiedzieli do mnie dzielni strażacy, a ja poszłam dalej czerwonym szlakiem w stronę pewnej drogi zwanej Lesznowską.
 

Gdy tylko na nią weszłam, od lewej strony nadbiegł łoś. Jakiś młody, nie taki duży, jak te widziane przeze mnie w Małej Wsi Przy Drodze i Brzozówce. Przebiegł mi drogę, a potem już wśród drzew nieco zwolnił i mogłam na niego popatrzeć. Nawet nie próbowałam zrobić mu zdjęcia, bo jednak był blisko i wolałam cicho się oddalić. Lesznowska Droga, jak się okazało, prowadzi obok szkółek leśnych po jej obu stronach.








 


W okolicach Posady Łubiec wróciłam na czerwony szlak do Roztoki różnymi skrótami. Prowadzą przez spore górki i jałowce. Na jednej z górek nagle pojawia się taka brama:






c.d.n.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz