poniedziałek, 16 lipca 2018

Beskid Wyspowy i okolice, część 25

Jedna z moich dłuższych wycieczek beskidzkich, czyli na Śnieżnicę ze Skrzydlnej i z powrotem. Trasa: Skrzydlna rynek-czarnym na Pieninki Skrzydlańskie-czarnym na Śnieżnicę-Kasina Wielka stara stacja kolejowa-żółtym  i czerwonym przez Wolę Skrzydlańską z powrotem do Skrzydlnej. Czyli najpierw typowy szlak Beskidu Wyspowego przez małe górki, pola, łąki i laski, potem wspinaczka po stromiźnie na Śnieżnicę i łagodny szlak prowadzący z powrotem do Skrzydlnej.







Wycieczka na Śnieżnicę była jedną z ostatnich, jakie zrobiłam podczas majowej trasy. Pogoda tego dnia miała być idealna, wreszcie bez żadnego zagrożenia burzowego. Wybrałam więc dłuższą trasę , prowadzącą najpierw przez tak zwane Pieninki Skrzydlańskie. Ruszyłam ze Skrzydlnej, zaparkowałam tam na takim głównym placu między starym a nowym kościołem. Czarny szlak zaczyna się właśnie tam. Wcześniej jechałam samochodem od Wiśniowej, gdzie nocowałam:





Tu już kościół w Skrzydlnej:


Od miejscowego rynku idzie się asfaltówką według czarnych znaków:









Pojawiły się pierwsze kłopoty orientacyjne. Niby znaki kazały skręcać w lewo w las z asfaltówki przy tym słupie...



Ale gdy już tam weszłam, nie mogłam znaleźć kolejnego znaku. Skręt w lewo jest jednak jeszcze kawałek dalej. Trzeba było wracać. Dopiero przed pierwszym gospodarstwem, jakie pojawia się przy asfaltówce już za tym słupem, trzeba skręcić w lewo. Wtedy pojawiają się prowadząca w górę wyraźna droga i czarne znaki.








Wyszłam z lasu na łąkę. Nazwa Pieninki Skrzydlańskie brzmiała bardzo kusząco, a to, co widziałam z samochodu jadąc podczas kwietniowej trasy od Dobrej do Skrzydlnej, też było kuszące. Bo rzeczywiście tutejsze małe górki wyglądają jak małe Pieniny. Poza tym to taki typowy szlak Beskidu Wyspowego: łagodne w większości drogi, szlaki prowadzące polami i lasami na przemian, w bliskim sąsiedztwie różnych przysiółków - i tak było aż do podejścia na Śnieżnicę po kolejnym przecięciu szosy.





Worecznik to jedna z górek zaliczanych do Pieninek Skrzydlańskich:











Szlak czarny przez Pieninki Skrzydlańskie jest dość trudny orientacyjnie. Czasem wychodzi się na rozstaje dróg, a znaki nie wskazują jednoznacznie na to, gdzie iść i turyście pozostaje metoda prób i błędów oraz kierowanie się również niedoskonałą mapą. Jak się ostatecznie okazało, za Worecznikiem wchodzi się w las i idzie prosto, nie skręcając ostro w prawo, wychodzi się na pola i wieś, a potem idzie się w lewo (jest znak):


A potem w prawo, w stronę zalesionej Dolnej Góry:









Wychodzi się na łączkę, gdzie znów nie wiadomo, jak iść. Idzie się przez całą tę łączkę pod lasem na górze i trafia na dróżkę w prawo. Po chwili po lewej pojawia się samotne gospodarstwo.




Jak widać, Dolna Góra bywa też zwana Dalną Górą:


Obchodzi się to gospodarstwo, jak najbardziej zamieszkałe i dalej jest już łatwo. Idzie się drogą, po obu stronach są domy, szosa coraz bliżej.









I Śnieżnica też coraz bliżej:


Przekracza się szosę w pobliżu przystanku autobusowego i po prostu idzie dalej jak droga prowadzi. Znaki są cały czas czarne.


Zaczyna się podejście na Śnieżnicę. Najpierw idzie się leśną drogą bez żadnych trudności:




















Za tą leśną łączką szlak wąską, błotnistą ścieżynką wchodzi w jakieś zarośla. Aż wydaje się dziwne, że na dość znaną górę idzie się właśnie tam, ale to tam:> No i po chwili się zaczyna. Robi się pionowo, a dalsza droga prowadzi ostro pod górkę w zasadzie bez ścieżki, tylko od drzewa do drzewa, od buka do buka - trzeba wypatrywać znaków. Trochę jest wydeptane, ale wiadomo, że tylko trochę, bo na czym tu deptać. Liście, luźne kamienie, trzymanie się korzeni, odpoczynek i trzymanie się buków na zmianę. Myślałam, że nigdy się to nie skończy:> Naprawdę żmudne podejście, wymagające kondycji i cierpliwości, choć na mapie wydaje się, że to nie taki znowu długi kawałek.





Wyszłam wreszcie na grzbiet Śnieżnicy, co za ulga:> Bezproblemową póki co ścieżką ruszyłam w prawo.






No i jest szczyt:> Mały postój, a nawet spotkanie jakiegoś dzielnego rowerzysty. Chciał zjeżdżać tym szlakiem, którym ja przed chwilą wchodziłam. Ostrzegłam go, że nawet chodzenie tam nie należy do łatwych. Mam nadzieję, że rowerzysta ma się dobrze:>



Nawet nie wiedziałam, że przed tym podejściem na Śnieżnicę szłam "szlakiem skrzydlańskich zbójników".





Tutaj zaczęły się spore wątpliwości, co dalej. Zgodnie z planem chciałam zejść do Kasiny Wielkiej tam, gdzie są wyciągi narciarskie. Mapa pokazywała, by iść dalej prosto i nawet zaczęłam wypróbowywać różne ścieżynki, ale nie było tam znaków i dróżki kończyły się w kamieniach i jagodowiskach. Okazało się, że trzeba jednak iść w lewo. Dopiero po chwili jest rozejście tras i niebieski szlak idzie w swoją stronę, a zielony, którego szukałam, do Kasiny. Ewidentnie przydałoby się tam lepsze oznakowanie. A może to kwestia wad ComfortMap, która kazała mi iść prosto. W każdym razie zejście do Kasiny było proste, gdy już znalazłam właściwą drogę.


Jest tam też specjalnie wyznaczony szlak dla rowerzystów górskich. Bliżej Kasiny spotkałam ich całkiem sporą gromadkę, a gdy zeszłam do początku wyciągu narciarskiego, wręcz gromadę.




Górny budynek wyciągu:


Widoki na stronę Kasiny Wielkiej:



Miałam schodzić według niebieskich znaków, ale zgubiłam je i poszłam na przełaj łąką, mając gdzieś po lewej wyciąg. Jak najbardziej działał, wjeżdżali nim na górę ci górscy rowerzyści.




Na dole w Kasinie, na początku wyciągu:



Jaki miły widok - karczma:> I pierogi z jagodami:



Tuż obok stary dworzec kolejowy, dziś tylko w sezonie wakacyjnym kursuje tu pociąg zabytkowy z Chabówki. W budynku dworca powstały noclegowe apartamenty - jak w Białowieży.


"Budynek stacji pochodzi z XIX wieku i jest najwyżej położoną czynną stacją kolejową w naszym kraju. Jako stacja kolejowa został on oddany w roku 1884 stanowiąc część Galicyjskiej Kolei Transwersalnej. Przystanek osobowy zbudowany został w stylu neorenesansowym i do dnia dzisiejszego zachował on swój historyczny charakter. Na odcinku parterowym znajdowały się poczekalnie dla pasażerów, stanowiska kasowe i pomieszczenia zwiadowcy stacji i dyżurnego ruchu, na piętrze natomiast mieszkania służbowe dla personelu PKP. Urokliwość stacji i bliskość skansenu kolejowego w Chabówce sprawiają, że chętnie pojawiają się tu znani reżyserzy filmowi. Kręcone były tu sceny do filmów takich, jak „Lista Schindlera”, „Katyń”, „Boże skrawki” czy „Szatan z siódmej klasy”.
http://www.stacjakasina.pl/o-stacji-kasina/



Jakimś cudem przegapiłam przed tą wycieczką fakt, że tuż przy mojej trasie jest pierwszowojenny cmentarz, a przecież tak lubię je odwiedzać. Główny pomnik wystawał z krzaków i poszłam sprawdzić, co to takiego. A tam klasyczny beskidzki cmentarz z czasów I wojny światowej:


Na cmentarzu nr. 364 pochowano 20 żołnierzy austriackich i jednego niemieckiego, poległych w 1914 roku.












A więc teraz już z górki, pozostał powrót do Skrzydlnej na nogach. Plan wycieczki zakładał pójście żółtym szlakiem wzdłuż torów kolejowych.Najpierw kawałek trzeba było iść razem ze znakami niebieskimi:







Na mapie wzdłuż torów napisano "linia nieczynna". Jak pisałam wyżej, jest ona czynna, ale tylko w wakacje i użytkowana tylko przez turystyczne linie. Budynek kolejowy faktycznie opuszczony:






Na Comfortmap trasa jest zaznaczona tak, że szlak żółty biegnie razem z torami. W rzeczywistości znaki poprowadzono lasem równolegle do torów, ale nie przy nich samych, a wręcz spory kawałek od nich. Ale gdyby szło się torami, też by się doszło gdzie trzeba. Może następnym razem wypróbuję ten wariant trasy, tym razem poszłam według znaków i nie było czego żałować, bo po pierwsze, las jest piękny i wyjątkowo dużo w nim strumyków, a po drugie byłam w cieniu, co przyniosło mi ulgę.






Strumyczki płynące ze Śnieżnicy przecinają szlak parę razy:






Wyszłam z lasu na otwartą przestrzeń. Niedługo miałam wejść na ostatnią prostą, czyli szlak czerwony z powrotem do Skrzydlnej. Widoki na Śnieżnicę:



Tory się odnalazły:


A obok nich nieczynny dziś kolejowy budynek dworca z ciekawą tablicą:





Stary (choć nie aż tak stary, jak powyższa tablica) rozkład wciąż wisi na ścianie:



Według czerwonych znaków poszłam asfaltówką w kierunku Skrzydlnej. Pogoda była nadal idealna.


Cały czas można było podziwiać widoki na Śnieżnicę:













Pod jedną z zalesionych górek (chyba Kopiec lub Kaletówka) zauważyłam ławeczkę. Chwilę posiedziałam, ale pojawiły się szerszenie, więc zaczęłam obchodzić górkę dookoła. Z drugiej strony była inna ławeczka. Tam zrobiłam sobie piknik i dłuższy postój.



Zauważyłam, że na granicy pola i lasu są usypane góry kamieni pokryte mchem. Nie wyglądało to na twór naturalny i przypominało stare cmentarzyska czy grodziska, jakie czasem oglądam. Po chwili zagadka się wyjaśniła. Przyszedł właściciel terenu (w tym górki - pozazdrościć:>) z psem. Kamienie pochodzą z pola, podczas orki wygrzebuje się je i spycha po prostu na bok, stąd te sterty. Nie są wcale aż takie stare:> Ciekawe, że według właściciela ile razy by się nie wydobywało tych kamieni podczas orki, one znów się jak powiedział "odradzają" i w końcu powstają po latach całe ich sterty pod lasem.


Miły pies właściciela górki troszkę się bał, ale poza tym był z jakichś sobie tylko wiadomych względów zachwycony moim przybyciem. Skakał na mnie i chyba mnie polubił, chciał iść ze mną dalej. Trudno go było odwieść go od tego planu, ale w końcu pobiegł za swoim panem na pole, gdy ja poszłam dalej czerwonym do Skrzydlnej.








Widać już nowy kościół w Skrzydlnej. Cała ta wycieczka zajęła mi osiem godzin.





Bardzo mi się spodobał ten domek spotkany już blisko celu:


Widok na Pieninki Skrzydlańskie z czerwonego szlaku, to tam rano zaczynałam wycieczkę:




Po drodze mija się mały cmentarz w Skrzydlnej, na którym pochowano mieszkańców zabitych podczas II wojny światowej i zmarłych później, ale zasłużonych podczas okupacji. Zwiedziłam go dokładniej podczas  kwietniowej trasy, wtedy podjechałam tu autkiem.















c.d.n.