piątek, 24 marca 2017

Mazowieckie cmentarze ewangelickie i nie tylko, czyli wzdłuż Wisły do Płocka i z powrotem część 1

W lutym wybrałam się w minitrasę śladem opuszczonych cmentarzy Olendrów między Warszawą a Płockiem. Niby to były tylko trzy dni, a zrobiłam strasznie dużo. Pogoda dopisała, zdecydowaną większość cmentarzyków udało się znaleźć, na bocznych drogach straszne lodowisko, ale widoki niezapomniane. Zwłaszcza te nadwiślańskie, gdzie tereny między wałem przeciwpowodziowym a rzeką zostały zalane i szpalery wierzb, wielkie dęby stały w zamarzniętej wodzie. Poza cmentarzykami zrobiłam kilka opuszczonych domów, były też Płockie Powązki, a nawet Borgward z lat sześćdziesiątych stojący pośrodku mazowieckiej wsi. Wszystko to będę pokazywać w kolejnych odcinkach. Trasa mała, ale trochę ich będzie.





O Olendrach pisałam już nie raz na tym blogu. Byli to osadnicy holenderscy, a potem niemieccy, osiedlający się w Polsce od XVI wieku. "Olendrami" określani są oni wszyscy, nie jest to kategoria etniczna, a związana bardziej ze sposobem gospodarowania, organizowania społeczności. Najpierw byli mennonici, wyznawcy odłamu anabaptyzmu z Niderlandów, którzy po kontrreformacji przyjeżdżali do Polski w poszukiwaniu tolerancji religijnej. Potem były też fale osadnictwa niemieckiego, już w większości luterańskiego. Olendrzy byli bardzo biegli w osuszaniu terenów zalewowych, tworzyli poldery, sadzili szpalery wierzb, budowali swoje domy na charakterystycznych wzniesieniach. Dotarli na Mazowsze w XVII wieku, pierwsze gospodarstwa zakładali na terenie dzisiejszej warszawskiej Saskiej Kępy, do powiatu sochaczewskiego przybyli w XVIII wieku. Do dziś zachowały się w tym powiecie i w okolicy ich stare chałupy i cmentarzyki. Jedne mniej, drugie bardziej zapomniane, zarośnięte i zdewastowane. Przygotowując się do pokazywania tych miejsc, korzystałam z książek "Katalog zabytków osadnictwa holenderskiego na Mazowszu" Jerzego Szałygina, "Olendrzy w powiecie sochaczewskim" Marcina Prengowskiego (Stowarzyszenie "Nad Bzurą") i "Olędrzy. Osadnicy znad Wisły. Sąsiedzi bliscy i obcy" por redakcją Andrzeja Pabiana i Michała Targowskiego.


Niedawno rozmawiałam z leśnikiem spotkanym w Zamczysku i sam z siebie zaczął on mówić o Olendrach - że dobrze rozwiązywali kwestie wodne w rejonie Puszczy Kampinoskiej, a po wojnie, kiedy wyjechali, Polacy zepsuli ich dzieło i w rezultacie od razu musieli zmagać się z powodziami. Inna rozmowa, z lutowej trasy, z mieszkańcem gminy Słubice, która w 2010 roku przeżyła wielką powódź - spytałam, czy te domy przetrwały, czy to jakieś w większości nowe. Tak, powiedział, raczej przetrwały, ale najlepiej wyszły z tego te stawiane na górkach typu olenderskiego.



Cmentarz ewangelicki przy ambonie zwiedziłam pierwszego dnia minitrasy. Jest schowany na polu w charakterystycznej kępie, ale trzeba było wiedzieć, gdzie to jest. Olendrzy mieszkali tutaj od XVIII wieku, w XIX wieku było tu ponad  20 gospodarstw osadników. Miałam to szczęście, że spotkałam pewną mieszkankę okolicy, która niespodziewanie opowiedziała mi historie o tutejszych duchach i dawnej olenderskiej kaplicy, która kiedyś niedaleko była. "Przy tym cmentarzu straszy. Jedna kobieta była tam i na polach przy cmentarzu widziała zjawy dwunastu księży". W dalszej części odcinka też przytaczam te opowieści.




"Ja gdy idę tam z krowami czuję jakby ktoś tam był. Mój dziadek kiedyś jechał wozem przez tę drogę do cmentarza i nagle stanął przed nim pies. - Poszedł ty!.. - powiedział dziadek i przy tym zaklął, a wtedy w jednej chwili zerwała się wielka wichura, pojawiła się taka jakby płachta. Dziadek nie pamiętał, w jaki sposób dojechał stamtąd do domu".




"W latach 80-tych ten cmentarz był piękny. Wszystko było z metalu, nie z drewna. Nagrobki dzieci miały piękne serca. Potem ludzie rozkradli to na złom. Wieś była kiedyś bardziej pod lasem. Za cmentarzem, tak jak prowadzi droga, były domy Niemców i garbarnia, bo garbowali owcze skóry".




"Niedaleko cmentarza była kaplica ewangelicka, było tam w środku pełno herbów Niemców. Jako kilkuletnie dziecko chodziłam tam potajemnie z siostrą i koleżankami. Były też talerze po Niemcach, potem ludzie je rozkradli. Jeden taki talerz znalazłyśmy z siostrą w polu, bawiłyśmy się nim w piachu. Potem kaplica się spaliła, a jej ogrodzenie rozkradziono na opał. Gdy kaplica płonęła, zabranialiśmy kobiecie w ciąży na nią patrzeć, żeby dziecko nie dostało ognika, jak się mówiło".




























Cmentarz olenderski B. jest położony z dala od ruchliwych dróg, w przysiółku pewnej małej wsi. Wizytę w tej miejscowości wspominam bardzo miło. Szukając cmentarzyka, zatrzymałam się przy spotkanej przypadkiem opuszczonej chacie, pokażę ją w dalszych odcinkach. Po chwili gadałam już z mieszkańcami, którzy doradzili mi w kwestii poszukiwań i powiedzieli o kolejnej opuszczonej chatce w okolicy, a nawet zaprowadzili na podwórko innej drewnianej chałupy. Cmentarz jest tuż przy ostatnim zamieszkałym gospodarstwie. Olendrzy osiedlali się w tym rejonie od końca XVIII wieku.




Ciekawe są te polsko-niemieckie tabliczki na tutejszych krzyżach. Na innym cmentarzu w okolicy widziałam napis "Schwięty spokój", tu "Swientego spokoju". Takie odpowiednik "Mir prahu twojemu" na cmentarzach prawosławnych.


























A tutaj Opuszczony domek z pomarańczowymi nożyczkami, o którym powiedzieli mi mieszkańcy tej wsi. Jest długi, łączy w sobie część gospodarczą i mieszkalną. To typowe dla budownictwa olenderskiego, ale możliwe, że to tylko coś podpatrzonego. Widać, że miał kiedyś piękny ganek, dziś została już po nim sama ruina. Domek typu zdewastowanego, ale znalazłam tam całkiem sporo. Wystarczyło jak zwykle rozgarnąć śmieci na podłodze, przyjrzeć się lepiej.






















Identycznego pluszowego smoka z identycznym napisem znalazłam jakieś półtora roku temu w opuszczonym domu na południu Mazowsza:





W części gospodarczej na sianie:









c.d.n.